Blog > Komentarze do wpisu
Goście, goście...

Podczas Silk Road Festival zwiedzaliśmy ruiny starożytnego miasta Ugarit, gdzie odkryto najstarszy na świecie zapis alfabetu. Bardzo rozległe to miejsce i w znacznym stopniu przebadane, ale nadal można jeszcze spotkać tam archeologów przy pracy. Wyobrażam sobie jak bardzo są zniecierpliwieni masą turystów plączących się po ruinach. Francuska archeolożka, która w tym roku tam właśnie kopała, patrzyła na nas z wyraźną niechęcią, kiedy zbliżyliśmy się do pozostałości po budowli, które akurat badała.

Ze wspomnień prof. Michałowskiego także jasno wynika, że wszelkiej maści i proweniencji turyści także w Palmyrze były i są utrapieniem dla naukowców. Ale... coś za coś. Nie wiem, czy Syryjczycy byliby tak skłonni gościć u siebie rozliczne ekipy naukowe, gdyby nie liczyły na rozwój turystycznych biznesów – efekt archeologicznych wykopalisk. I nie jest to wyłącznie znak naszych czasów. Z podobnymi „problemami” borykały się najwyraźniej ekipy prof. Michałowskiego, choć mam wrażenie, że sam Profesor lubił je, zwłaszcza że nie były to jeszcze watahy turystów, lecz osób tzw. prominentnych. Może się mylę, ale co właściwie wynika z tego fragmentu jego wspomnień?

W kilka dni później [po wizycie szefa Parlamentu Argentyny, który życzył Profesorowi znalezienia w Palmyrze złotego skarbu - jg] do Palmyry przybył kolumną białych cadillaców emir Kataru. Towarzyszył mu z Damaszku dyrektor naczelny Syryjskiej Służby Starożytności, mój przyjaciel Abdul Hak, od niego więc znam szczegóły tej wizyty. Emir przybywszy do Damaszku z oficjalną wizytą zażądał, aby ułatwiono mu i jego dworowi zwiedzenie Palmyry, ponieważ pragnie przed śmiercią własnymi oczami obejrzeć wspaniałe budowle, które zostały wzniesione przez dobre dżiny (dobre duchy). Kiedy Abdul Hak oprowadzał go po imponujących kolumnadach Palmyry i świątyni Bela, tłumacząc kolejne etapy historycznego rozwoju tego starożytnego miasta w oparciu o zachowane inskrypcje, że inne wiadomości... emir nie dał się przekonać. Kiwał z politowaniem głową, dając do zrozumienia, że woli się wstrzymać od użycia bardziej dosadnych wyrazów na określenie naiwności i uporu Abdul Haka i jego braku wiary w dobre dżiny.

Kiedy Abdul Hak wspomniał wreszcie, że działa tu polska misja, która przed kilkoma dniami odkryła skarb złota, emir machnął ręką na kolumnady i dżiny, rozkazując natychmiast pokazać mu złoto. Uprzedzono mnie i posłałem po moją żonę, która w domu wykopaliskowym nie rozstawała się ze szkatułką zawierającą nasz skarb, aby niezwłocznie przybyła ciężarówką na teren wykopalisk. Odbyła się ceremonia prezentacji mnie i mojej misji emirowi Kataru i Abdul Hak poprosił mnie, bym w krótkich słowach opowiedział gościowi o naszej działalności i o historii odsłanianych zabytków. Jednocześnie moja żona podeszła z otwartą szkatułką, zawierającą monety i biżuterię. Gdy emir zobaczył złoto, przestał słuchać moich wyjaśnień, włożył rękę do szkatułki i z lubością przesypywał przez palce złote monety. Widać było, że to sprawiało mu największą radość i satysfakcję.

Dlaczego jednak wieść o naszym odkryciu tak szeroko dotarła do wiadomości publicznej w stolicy Syrii? Trochę w tym i mojej winy, a wyglądało to w ten sposób. Tuż po naszym przyjeździe do Damaszku w owym sezonie 1960 roku Abdul Hak przy pierwszym spotkaniu z nami zatroskany powiedział mi o wielkiej stracie, jaką poniosło muzeum, gdzie przed kilkoma dniami dokonano włamania i zrabowano skarb złotych monet z epoki Omajjadów. Mówił mi wtedy o niepowetowanej stracie, że złodzieje na pewno zdążyli przetopić złoto na sztabki i że o odzyskaniu wartości muzealnej, zabytkowej tych przedmiotów nie ma już mowy. Kiedy więc w dwa tygodnie później odkryliśmy nasze złoto, zatelegrafowałem do Abdul Haka, donosząc o tym niezwykłym znalezisku, co było zresztą moim obowiązkiem. Dodałem jednak na końcu depeszy krótkie stwierdzenie, że w ten sposób otrzymuje on ekwiwalent ze skradziony skarb Omajjadów. Z tych czy innych powodów Abdul Hak uznał za właściwe podać natychmiast do prasy wiadomość o odkryciu przez Polaków złota w Palmyrze. I to właśnie wywołało prawdziwy najazd turystów z Damaszku.”

Zresztą emir, który bezpośrednio po zwiedzeniu ruin Palmyry udał się na posiłek złożony z pieczonych baranów, spożywanych w otoczeniu swego dworu i prostych mieszkańców Palmyry, kazał swemu kanclerzowi sypnąć tu garścią już współczesnego złota. W drodze powrotnej do Damaszku zwierzył się Abdul Hakowi, którego zresztą obdarował złotym rollexem, że ceni sobie tylko trzy rzeczy: złoto, kobiety i wonności.

Premier Indii Jawaharlal Nehru i Indira Gandhi oglądają złoty skarb. Z lewej Krystyna i Kazimierz Michałowski. Fot. Wspomnienia kazimierza Michałowskiego, PIW, Warszawa 1986

Premier Indii Jawaharlal Nehru i Indira Gandhi oglądają złoty skarb. Z lewej Krystyna i Kazimierz Michałowski.

Kilka dni później mieliśmy trzecie z kolei odwiedziny ”na wysokim szczeblu”. Był to premier Indii Jawaharlal Nehru ze swą córką, obecnym premierem Indii, panią Indirą Gandhi. Pamiętam, że w przeddzień zapowiedzianej wizyty moja żona powiedziała fotografowi misji, panu Henrykowi Romanowskiemu, że nie będzie chciała go znać, jeśli nie uda mu się zrobić naszego zdjęcia z Nehru. Henryk Romanowski dołożył istotnie wszelkich starań i w grobowcu Elahbela zdołał wykonać bez flesza świetne ujęcie nas czworga, przeglądających cóż by innego, jak nie złoty skarb! Fotografia ta wisi w naszej Stacji w Kairze. Najciekawsza jednak była reakcja premiera Newhru i Indiry Gandhio na widok naszego cennego znaleziska. Owszem, pogratulowali nam odkrycia, nie dotykając jednak przedmiotów złotych; Nehru interesował się bardzo organizacją naszych wykopalisk; oboje wyrażali słowa podziwu, że potrafiliśmy tak szybko po potwornych zniszczeniach wojennych znów stanąć w szeregach innych krajów o długiej tradycji badań i poszukiwań naukowych. Oboje nawiązywali w swoich wypowiedziach do wizyty, jaką złożyli w Polsce przed kilku laty i jeszcze mieli w pamięci wstrząsający widok bestialskich zniszczeń miasta oraz zapał mieszkańców poświęcających się jego odbudowie. Jako ciekawą okoliczność warto wspomnieć fakt, że chociaż obojgu dostojnym gościom język angielski był równie bliski jak ojczysty, ogólna rozmowa toczyła się po francusku – i to nie my, lecz oni pierwsi użyli francuskiego, uważając, że Polakom jest on bliższy niż angielski, a i w Syrii francuski był wówczas jeszcze drugim językiem używanym w tym kraju.

Te trzy spotkania w 1960 roku w Palmyrze niewątpliwie należały do bardziej interesujących odwiedzin, jakie zdarzyły się na naszych wykopaliskach na przestrzeni minionych dwudziestu lat. W większości wypadków jednak wizyty gości podczas prowadzenia wykopalisk nie należą do rzeczy pożądanych przez archeologów. Zabierają im czas, odrywają od normalnych zajęć i rzadko kiedy stanowią prawdziwą atrakcję. Po odkryciu skarbu przeżyliśmy w Palmyrze istną lawinę zwiedzających, którzy specjalnymi autobusami przyjeżdżali z Damaszku, ażeby na własne oczy zobaczyć znalezione złoto. Większość wróciła zawiedziona, gdyż nasze odkrycie nie było przeznaczone wówczas do oglądania – obecnie znajduje się w gablocie muzeum w Palmyrze – znalezisko to przechowywaliśmy w domu pod ścisłą kontrolą i było ono przedmiotem dokumentacji i opracowania naukowego."

Fragmenty „Wspomnień” prof. Kazimierza Michałowskiego wydanych przez PIW, Warszawa 1986 r.

wtorek, 26 października 2010, joannagrabowska_net

Polecane wpisy