Blog > Komentarze do wpisu
Mecz o Palmyrę: Polska - RFN - 1:0

Pora na nadrabianie zaległości, zwłaszcza że brakuje mi informacji o tym, co teraz dzieje się w Palmyrze.

Ale obiecałam, że napiszę, jak to było z Palmyrą kiedyś. Dziś zaczynam. Posłużę się przy tym fragmentami wspomnień prof. Kazimierza Michałowskiego, dzięki któremu wszystko się zaczęło...

O sytuacji poliycznej, w jakiej toczyły się rozmowy o rozpoczęciu polskich wykopalisk w Palmyrze Prof. Michałowski pisał tak:

„W lutym 1958 roku nastąpiła pierwsza unia Egiptu z Syrią. W układzie wzajemnych stosunków rola wiodąca przypadała wyraźnie Egiptowi, nic więc dziwnego, że u samego początku tkwiły już zalążki sporów i nieporozumień, które w ciągu czterech niespełna lat doprowadziły do rozpadnięcia się tego organizmu państwowego. W roku 1958 wszystko jednak zapowiadało się jak najlepiej. Syryjczykom, a przede wszystkim rządzącej partii BAAS, bardzo zależało na jak najściślejszym związku z Egiptem. Każda inicjatywa wychodząca z Kairu była przyjmowana przez Damaszek serdecznie. Ambasady państw obcych w Damaszku zostały zlikwidowane lub przekształcone na konsulaty generalne, ambasadorowie zaś akredytowani w Kairze przy prezydencie Naserze roztaczali też swoją opiekę nad terytorium syryjskim.

Aleksander Krajewski [ambasador Polski w Kairze - jg], doskonale wyczuwając atmosferę polityczną, jaka wówczas zaistniała w Syrii, uważał za właściwe, aby Polska właśnie za pośrednictwem swych obywateli z Kairu umacniała swoją obecność w stolicy nad Baradą. Ponieważ wiedział on o moim zainteresowaniu Palmyrą, a będąc człowiekiem gruntownie wykształconym orientował się nieźle w jej roli i znaczeniu jako pewnego symbolu poszukiwań archeologicznych, namówił mnie do wyjazdu wraz z nim do Damaszku w celu ewentualnego zorientowania się w możliwościach rozpoczęcia tam naszych badań wykopaliskowych. W tym czasie bilet lotniczy z Kairu do Damaszku kosztował bodajże mniej niż do Luksoru.”

Do Damaszku Profesor pojechał z architektem Leszkiem Dąbrowskim i swoim synkiem. Towarzyszył im oczywiście ambasador Krajewski. Od Selima Abdul Haka, szefa syryjskiej służby starożytności, dowiedział się wówczas, że właśnie do Damaszku przyjechała misja Niemieckiego Oddziału Archeologicznego zainteresowana koncesją w Palmyrze.

Decyzja w tej sprawie miała zapaść dwa dni później...

„(...) podczas śniadania, jakie na ich cześć wydaje Abdul Hak w rządowym klubie, tzw. Club d’Orient - pisze Profesor. - Gdybyśmy jednak mogli wyjechać jutro o świcie do Palmyry, dokonać tam rozpoznania terenu i przedstawić mu na tymże śniadaniu, na które nas zaprasza, swój wniosek o przyznanie koncesji wraz ze szkicem terenu – to sprawa jest do wygrania. Aby nam ułatwić działanie, Abdul Hak dał nam do dyspozycji swój samochód, który miał nas o brzasku zabrać w podróż do Palmyry. Należało przybyć tam za dnia, aby tego samego dnia móc jeszcze dokonać prospekcji terenu i ustalić prowizoryczny plan koncesji, tak by nazajutrz o świcie wyjechać z Palmyry i zdążyć na śniadanie do Club d’Orient. Wyczyn nie lada, jeśli wziąć pod uwagę, że w owym czasie nie było jeszcze asfaltowej drogi z Damaszku do Homsu i  z Homsu do Palmyry, że jechało się przez Kariatein pistą pustynną, a burze piaskowe, które zwykle uniemożliwiały dojazd do miejsca przeznaczenia, zdarzały się na tej drodze bardzo często.”

Profesor i architekt mieli szczęście. Pogoda im sprzyjała, nie było burz piaskowych i samochód się nie popsuł. Zdołali wytyczyć ogólny zarys planu Obozu Dioklecjana w zachodniej części miasta i odcinka w Dolinie Grobów - przy wieży Elahbela. O umówionej porze stawili się w rządowym Club d’Orient na spotkaniu.

„(...) Abdul Hak powitał nas ogromnie serdecznie. I teraz nastąpiła jedna z moich przygód archeologicznych, jeśli tak można to zdarzenie nazwać, w której Polska wygrała 1:0 z Republiką Federalną Niemiec. Przede wszystkim cały zespół dyrektorów niemieckich instytutów archeologicznych łącznie z prezesem, Erichem Boeringerem, składał się z moich kolegów z lat przedwojennych; znaliśmy się doskonale z Berlina, Heidelbergu i Rzymu. Boeringera spotkałem tuż po wojnie, w Szwajcarii w roku 1956, ale pozostałych widziałem po raz pierwszy po letniej przerwie. Zaraz po powitaniach każdy z nich przeto uważał za stosowne podkreślać wobec mnie swój negatywny stosunek do Hitlera i głośno potępiać zbrodnie popełnione przez niego w Polsce, które ich zdaniem stanowiły dla nich hańbę. Ten tak wylewny właśnie w owym momencie stosunek kolegów niemieckich do mnie był mi bardzo na rękę, za chwilę bowiem miał się zacząć nasz mecz o Palmyrę. Ale szczęście sprzyjało nam w dalszym ciągu, nie tylko w czasie podróży przez pustynię. Okazało się, że dla nadania swej wizycie oficjalnego charakteru koledzy niemieccy mieli w swoim gronie generalnego konsula Republiki Federalnej Niemiec w Damaszku wraz z małżonką. Tak, ale ja miałem ambasadora.”

Kiedy kilka lat temu pisałam o 70-leciu polskich wykopalisk w Egipcie, wszyscy moi rozmówcy-archeolodzy podkreślali, że gdyby nie nadzwyczajne umiejętności dyplomatyczne Profesora Michałowskiego, prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło. Podobnie mówili wykopaliskach w Syrii. A jakie zabiegi potrzebne były w przypadku Palmyry? Profesor Michałowski spotkanie w Club d’Orient wspomina to tak:

„Właściwie sprawa została przesądzona już w samym układzie stołu. Ponieważ Abdul Hak występował bez żony, jego vis à vis przy stole zajął ambasador Krajewski. Pani konsulowa niemiecka zajęła miejsce po prawej stronie przy Abdul Haku, po której lewej ręce usiadł prezes instytutu niemieckiego, to znaczy profesor Boerringer. Na prawo od ambasadora polskiego miał swoje miejsce konsul generalny RFN, na lewo zaś ja. W ten sposób znalazłem się vis à vis niemieckiej konsulowej; reszta gości rozmieszczona została przy pozostałej części stołu. Na dobitek Abdul Hak, aby ułatwić nam sprawę, nie mówił ani słowa po niemiecku, co dla moich kolegów niemieckich (...) stanowiło pewne utrudnienie. Krajewski, wyczuwając wagę tego śniadania, był w doskonałym humorze, (...) sypał anegdotami jak z rękawa, wprawiając w doskonały humor Abdul Haka i całą resztę biesiadników.

Tymczasem ja, mając po lewej stronie jednego z kolegów niemieckich, zdaje się, że Herbiga, a naprzeciwko konsulową niemiecką, rozmawiałem trochę po niemiecku i trochę po francusku, biorąc udział w ogólnej konwersacji. W pewnej chwili pani konsulowa zwróciła się do mnie z komplementem, z ją łatwością przerzucam się z jednego obcego języka na drugi, wyrażając przy tym ciekawość, czy potrafiłbym w ten sposób kontynuować rozmowę, gdybym miał użyć jeszcze jednego języka. Powiedziałem, że również z włoskim, nie miałbym zapewne trudności, na co ona zwróciła się do mnie świetnym akcentem rosyjskim, zapytując, czy mógłbym rozmawiać także i w tym języki. Odrzekłem, że oczywiście tak; okazało się, że konsulowa pochodzi z Niemców bałtyckich i po niemieckim jej drugim językiem jest właśnie rosyjski!

Dalszy ciąg rozmowy między nią a mną toczył się już ku powszechnemu zdziwieniu współbiesiadników w języku rosyjskim. Kiedy skończyliśmy śniadanie, przy czarnej kawie Abdul Hak zapytał mnie o plany Palmyry. Przedstawiłem mu je z krótkim słownym wyjaśnieniem, dotyczącym proponowanego wyboru terenu. Abdul Hak zapytał mnie o plany Palmyry. Przedstawiłem mu je z krótkim słownym wyjaśnieniem, dotyczącym proponowanego wyboru tematu. Abdul Hak spojrzawszy na plany powiedział: >No, sprawa jest załatwiona< - i od razu podpisał koncesję, po czym zwracając się do Niemców rzekł: >No cóż, Polacy uprzedzili panów. Mają już gotowe plany terenu, podczas kiedy panowie dopiero wybieracie się do Palmyry. Myślę, że jednak panowie moglibyście wziąć z powodzeniem inną koncesję, ja wam chętnie przydzielę Resafy na północy.< Boeringer, który był dobrym dyplomatą, zorientował się, że Palmyra jest przegrana i natychmiast wyraził gotowość przyjęcia Resafy.

Po chwili z sąsiedniego salonu nadeszło kilku panów, z których jeden był ministrem spraw wewnętrznych Syrii, a więc osobą najważniejszą w tym gronie. Abdul Hak zapoznał nas ze sobą - i to stanowiło jakby przypieczętowanie sukcesu.”

Plan Palmyry. Po lewej stronie widać tereny o których wspomina Profesor Michałowski: Obóz Dioklecjana a jeszcze bardziej w lewo - wadi z Doliną Grobów. Groby to te maleńskie kwadraciki rozrzucone wzdłuż koryta wysychającej okresowo rzeki. Plan Marcin Wagner

Plan dzisiejszej Palmyry. Po lewej stronie widać tereny, o których wspomina Profesor Michałowski: Obóz Dioklecjana, a jeszcze bardziej w lewo i lekko w dół - wadi z Doliną Grobów. Groby to te maleńkie kwadraciki rozrzucone wzdłuż koryta wysychającej okresowo rzeki.

Jak rozpoczęły się wykopaliska w Palmyrze - w następnej notce.

Fragmenty wypowiedzi prof. Kazimierza Michałowskiego zaczerpnęłam z jego „Wspomnień” wydanych przez PIW, Warszawa, 1986.

czwartek, 21 października 2010, joannagrabowska_net

Polecane wpisy

  • Goście, goście...

    Podczas Silk Road Festival zwiedzaliśmy ruiny starożytnego miasta Ugarit, gdzie odkryto najstarszy na świecie zapis alfabetu. Bardzo rozległe to miejsce i w zna

  • Rok 1960. Dahab znaczy złoto

    Nic tak nie ekscytuje ludzi jak złoty skarb - wszystko jedno: odkryty przez archeologów, czy przez jakiegoś rolnika gdzieś w polu. Taki skarb trafił się - zupeł

  • Rok 1959. Pierwsza misja do Palmyry, czyli jak nie stracić twarzy

    Koncesja na wykopaliska przyznana została Polakom w 1958 roku. Pierwsza misja wyjechała do Palmyry rok później. Początki były trudne. Polska ekipa nie miała naw