Blog > Komentarze do wpisu
Rok 1960. Dahab znaczy złoto

Nic tak nie ekscytuje ludzi jak złoty skarb - wszystko jedno: odkryty przez archeologów, czy przez jakiegoś rolnika gdzieś w polu. Taki skarb trafił się - zupełnie nieoczekiwanie - polskim archeologom w Palmyrze pracujących tam pod wodzą prof. Kazimierza Michałowskiego. Jedyny złoty skarb odkryty dotąd w tym bogatym niegdyś mieście. Był pod podłogą jednego z domów w obozie Dioklecjana.

Początek prac wykopaliskowych w Palmyrze. Fot. Archiwum CAŚ

Początek prac wykopaliskowych w Palmyrze.

Oto jak prof. Kazimierz Michałowski wspomina to wydarzenie:

Prace w Obozie Dioklecjana. Fot. Archiwum CAŚ„Przez pierwszych kilka sezonów prowadziliśmy nasze wykopaliska na dwóch odcinkach: na głównej nekropolii, w tzw. Dolinie Grobów – i w zachodniej dzielnicy miasta, to jest w Obozie Dioklecjana. Każda z kolejnych kampanii przynosiła bardzo obfity plon znalezisk, przede wszystkim w zakresie plastyki i epigrafiki, a także konstrukcji architektonicznych. Ponieważ Palmyra należy do najbardziej atrakcyjnych zespołów archeologicznych w Syrii (...) wszystkie ważniejsze osobistości, składające w tym kraju wizyty oficjalne, miały w swoim programie również zwiedzenie tej pustynnej stolicy. (...) W czasie jednej z tych oficjalnych wizyt miało na wykopaliskach miejsce wydarzenie, które zapisało się złotymi zgłoskami (i to „złotymi” w sensie dosłownym) nie tylko w annałach naszej misji wykopaliskowej, ale w ogóle w Syrii, znaleźliśmy bowiem w Palmyrze złoto. Fakt tym bardziej znamienny, że żadne dotychczasowe wykopaliska w Palmyrze nie przyniosły znalezisk złotych obiektów. Tłumaczono to tym, że miasto dwukrotnie zostało doszczętnie wyrabowane: raz po zdobycie go przez legiony Aureliana, drugi raz – po poddaniu się wojskom Khaleda ibn al. Walida w 634 roku.

Rzecz wyglądała następująco. Któregoś dnia, gdy przebywałem właśnie na odcinku nekropoli w Dolinie Grobów, rozkopując jeden z podziemnych grobowców, podjechało kilka samochodów osobowych. Z jednego z nich wysiadła osobistość odziana w kafiję i w niesłychanie bogato złotem lamowaną opończę w towarzystwie dwóch Syryjczyków; w jednym z nich rozpoznałem Obeida*. Podeszli do miejsca, w którym stałem i Obeid dokonał prezentacji, oznajmiając swoją pompatyczną francuszczyzną, że przywiózł mi „le prince d’Argentine” (”argentyńskiego księcia”). Wiedziałem od razu, że coś tu nie tak: Argentyna książąt nie ma; ale już po chwili jegomość w nieco groteskowym stroju przedstawił mi się sam jako prezes parlamentu argentyńskiego, profesor Monjardin. Ten bardzo kulturalny pan ogromnie interesujący się naszymi wykopaliskami słusznie podkreślił, że wizyta w ruinach Palmyry dopiero wówczas nabiera prawdziwego uroku, jeżeli trafi się na kopiących tu archeologów. Oprowadziłem go po tym sektorze wykopalisk i przy pożegnaniu profesor Monjardin rzekł: >Nie wiem, czy wypada życzyć tego archeologom, ale ja panu życzę, żeby odkrył pan złoto.<

Odpowiedziałem, że bardzo mu jestem wdzięczny za te życzenia, lecz niestety, w Palmyrze złota znaleźć nie można - i wyłuszczyłem wspomniane już powody. Mimo wszystko pan Monjardin upierał się przy tym, że może ja właśnie będę pierwszym, który odnajdzie tu przedmioty ze złota.

Zaledwie prezes parlamentu argentyńskiego odjechał w towarzystwie Obeida, usłyszałem z daleka krzyki, w których rozpoznałem bez trudu wyraz „dahab”, co znaczy po arabsku ”złoto”. Okazało się, że ścieżką przez pustynię pędził ku mnie na rowerze jeden z robotników ekipy rozkopującej zachodnią dzielnicę miasta, cały podniecony, z wiadomością, że odkryto złoto! Sam nie chciałem temu wierzyć, ale złapałem ciężarówkę i pomknąłem w stronę drugiego sektora wykopalisk. Ku memu najwyższemu zdumieniu - no i oczywiście radości – istotnie stwierdziłem, że tuż przy południowo-zachodnim narożniku odkrytego przez nas tetrapylonu, jakby pod progiem jednego ze sklepów, które mieściły się niegdyś po obu stronach tej części kolumnady, wiodącej od tetrapylonu do tzw. Wielkiej Bramy - znaleziono rozbite fajansowe naczynie, w którym znajdowało się dwadzieścia siedem złotych solidów Fokasa, Heraklusa I i II oraz Constansa, a także zespół damskiej biżuterii w postaci kolczyków, pierścionków, wisiorków i broszy. Warunki odkrycia wskazywałyby na to, że ktoś uciekający przed śmiercią, która go tu dosięgła, wsunął pod kamienny próg domostwa to właśnie naczynie ze skarbem. W pobliżu istotnie znaleźliśmy szkielet ludzki.

Kiedy już minęła pierwsza chwila emocji, po przeliczeniu złotych moment i obejrzeniu biżuterii przypomniałem sobie profesora Monjardina. Przecież to on właśnie jakby wywróżył mi znalezienie w Palmyrze złota! Ponieważ wiedziałem, że miał on wprost z Doliny Grobów udać się na lunch do hotelu „Zenobia”, pchnąłem tam natychmiast jednego z podraisów z krótką wiadomością skreśloną ołówkiem na karteczce, w której informowałem go o odkryciu złota, proponując przyjście do nas na wykopaliska lub po śniadaniu do naszego domu w celu obejrzenia tego skarbu. Profesor Monjardin przybył; był pierwszym, nie licząc członków misji, który obejrzał nasze cenne znalezisko – i muszę powiedzieć, że istotnie był pełen dumy, że jego wypowiedziane pod moim adresem życzenia spełniły się tak szybko. Kiedy naszym ambasadorem w Buenos Aires był pan Edward Bartol, za jego pośrednictwem miałem kontakt z prezesem parlamentu Argentyny.”

* Warto jeszcze przytoczyć kilka słów profesora Michałowskiego o Obeidzie Taha, ówczesnym inspektorze zabytków w Palmyrze.

„Ten człowiek bez wyższego wykształcenia, samouk, który świetnie opanował język francuski, był pomocnikiem technicznym Roberta Amy w czasie jego pobytu w Palmyrze i prac nad umocnieniem niektórych monumentalnych budowli, jak Wielkiego Łuku czy wejścia do świątyni Bela - napisał o nim Profesor. - Człowiek niezwykle inteligentny, zebrał nie tylko szerokie wiadomości dotyczące technicznej strony wykopalisk i konserwacji architektury, lecz również towarzysząc innym archeologom, na przykład Haraldowi Ingholtowi, zdobył nieoczekiwanie dużą znajomość epigrafiki palmyreńskiej. Żył jak patriarcha, w obszernym domu w nowej części Palmyry, otoczony synami, córkami, zięciami i wnukami. W Palmyrze istniało kilka rodzin, które faktycznie decydowały o wszystkim, co się tam działo. Klan Obeida był bardzo potężny i konkurował z drugim, o wiele bogatszym, ale posiadającym wówczas jeszcze znacznie mniejsze wpływy, rodem Kalejów, do których należał jedyny w owym czasie w Palmyrze hotel „Zenobia”, zbudowany przez romantyczną hrabinę d’Andurain. Obeid miał ambicje wykształcenia niektórych spośród swoich synów, wysyłał ich na studia wyższe do Damaszku i Bejrutu; jeden z nich nawet skończył magisterium u mnie w Warszawie, ale żaden nie zdołał dorównać ojcu inteligencją, sumiennością, poczuciem odpowiedzialności i pracowitością.

Nie od razu Obeid, człowiek przyzwyczajony do współpracy z archeologami, uznał mój autorytet. Trzeba było kilku lat pracy, a przede wszystkim ukazujących się rokrocznie w języku francuskim moich publikacji wykopalisk Palmyry, aby zaimponować Obeidowi. Myślę, że najwięcej uznania zdobyły u niego moje książki, które trzymał u siebie na honorowym miejscu. Po upływie paru lat poprosił mnie o zrobienie wspólnego zdjęcia, które w dużym powiększeniu zawisło następnie w głównej izbie jego domu. Mimo że mówił on po francusku bardzo płynnie, miał oczywiście trudności w prawidłowej wymowie niektórych wyrazów. I tak na przykład nie był w stanie wymówić poprawnie jakże często używanego w czasie wykopalisk w Palmyrze wyrazu „construction”, mówił zawsze „construcation”, co niezmiernie nas bawiło.”

Fragmenty ze „Wspomnień” Kazimierza Michałowskiego, wydanych przez PIW, Warszawa 1986

Zdjęcia: Archiwum CAŚ

piątek, 22 października 2010, joannagrabowska_net

Polecane wpisy