Zakładki:
Organizatorzy
Sponsorzy
środa, 17 lutego 2016
Wyobraźnia bardziej niż kiedykolwiek Palmyrze potrzebna

Miałam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek powrócę do tego blogu, to z powodu nowego odkrycia, albo mojego ponownego wyjazdu do Palmyry. Wszelkie wieści z Syrii pokazują jednak, że nie nastąpi to ani w najbliższych latach, ani - co wydaje mi się niewyobrażalne - nawet za mojego życia.

Dziś powracam - i to na dłużej - by zapowiedzieć konferencję, którą na początku kwietnia organizuje Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW w Warszawie.

Fot. Marcin Wagner

Pamiętacie tę piękną płaskorzeźbę? W starożytności ten lew strzegł wejścia do okręgu świątynnego Allat, a we współczesności - po zrekonstruowaniu go przez polskich naukowców i konserwatorów - wejścia do palmyreńskiego muzeum.
Dziś, nie ma już ani lwa ani muzeum. Lwa wysadzili w powietrze bandyci z Daesh*, a muzeum zamienili w więzienie.

Płaskorzeźbę przypominam nie tylko dlatego, że jest piękna i że się stała symbolem tego, co dotknęło starożytną Palmyrę , ale też dlatego, że jest logo kwietniowej konferencji.

 

 

Podstawowe informacje o konferencji

Tytuł i czas:

Polacy na Bliskim Wschodzie

1 kwietnia 2016 - 3 kwietnia 2016

Organizator:

Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego

Wydarzenia towarzyszące:

Wystawa „W cieniu wojny. Zabytki Syrii i Iraku w badaniach CAŚ UW”. Wernisaż (31 marca 2016) poprzedzi wykład prof. Michała Gawlikowskiego, znawcy Palmyry, ktory badał to starożytne miasto przez ponad 50 lat.

Tematy wykładów:

- Mamy nadzieję przedstawić m.in. informacje o obecnym stanie zabytków pozostawionych przez nasze misje w Syrii, po ostatnich wykopaliskach w 2010-11 roku - kiedy to nikt z badaczy nie spodziewał się, że jest to ostatni sezon prac – napisała mi w mailu dr Agnieszka Szymczak z CAŚ.

Program szczegółowy - wkrótce.

Fot. Marcin Wagner

* Nazwy Daesh, użyłam, bo w języku arabskim znaczy mniej więcej tyle, co w polskim: "zniszczyć", "zgnieść", ¨zmiażdżyć". Dżihadyści jej nie znoszą z powodu negatywnego wydźwięku. To w tej sytuacji określenie bardziej adekwatne niż nobilitujące nazwy: Państwo Islamskie czy ISIS...

13:32, joannagrabowska_net
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 października 2010
Mitreum w Hawarte, czyli o sztuce konserwacji, rekonstrukcji i... cierpliwoci

Ewa Parandowska przy pracy

Ewa Parandowska przy pracy

Układanie kompozycjiNasza wiedza na temat mitreum w Hawarte poszerza się głównie dzięki ogromnemu projektowi konserwacji oraz rekonstrukcji jego dekoracji malarskiej. Podstawową zaletą tego mitreum stanowiącą o jego niezwykłości, ale zarazem największą bolączką zarówno konserwatorów jak i archeologów, jest rozbudowana dekoracja malarska. Podczas użytkowania mitreum, jego wnętrze było pięć razy pokrywane tynkami i zdobione malowidłami. Część z nich nadal znajduje się na ścianach mitreum (patrz post O tubie, Mitreum i Aniołkach-Konserwatorkach) ale większość, w postaci mniejszych fragmentów została znaleziona w zagruzowaniu pomieszczeń. Wszystkie te fragmenty zostały zgromadzone w magazynach muzeum w Hamie, a następnie poddane analizie ikonograficznej i działaniom konserwatorskim.

I to kolejny problem: podstawą rekonstrukcji w takich przypadkach są analogiczne obiekty z tego samego okresu, kręgu kulturowego, etc. A Hawarte jest jedno jedyne! Nieliczne zachowane mitrea prezentują, jeśli już, to znacznie uboższą  dekorację.

W Hawarte cykl mitraicki został rozwinięty do pełnych kompozycji, kilka scen poza tym mitreum nie jest dotychczas znanych badaczom, a strop mitreum to już zupełny unikat. Właśnie ze stropem jest najwięcej kłopotów. Jak można się domyślać, stropy budowli starożytnych praktycznie się nie zachowały, w tym przypadku, niezwykłe szczęście uchroniło skalne sklepienie od kompletnego zniszczenia. Niestety brak innych przykładów czyni pełną jego rekonstrukcję niemożliwą.

Dekoracja z pawiem

Dekoracja z pawiem

Rozdzielanie tynków

Rozdzielanie tynków

Skrzynie z odłamkami tynkówW muzeum w Hamie znajduje się sześć dotychczas opracowanych fragmentów dekoracji malarskiej z Hawarte oraz 28 skrzyń dużych i 20 małych skrzynek z posegregowanymi fragmentami. Niekiedy, jeśli jest to możliwe, fragmenty takie są rozdzielane, aby uzyskać w ten sposób informacje o wcześniejszych warstwach dekoracji.

Najbardziej pracochłonną i długotrwałą częścią pracy jest odtwarzanie poszczególnych kompozycji. Mozolne poszukiwania kawałków tych samych przedstawień trwa latami. Kiedy już ten etap zostaje uznany za zakończony, fragmenty są naklejane na sztuczne podłoże o wielu warstwach wzmacniających i zabezpieczających i pokrywane scalającą zaprawą.

W tym sezonie właśnie największa partia dekoracji stropu, kompozycja mająca powierzchnię prawie 4 m2 przedstawiająca pawia wśród maków jest przygotowywana na ekspozycję. Praca nad tym obiektem trwała prawie dziesięć lat…

 

Jedna ze skrzyń z fragmentami dekoracji

Jedna ze skrzyń z fragmentami dekoracji

Stratygrafia tynków

Stratygrafia tynków

Konstrukcja transferów

Konstrukcja transferów

Zdjęcia: archiwum misji w Hawarte

20:20, joannagrabowska_net
Link Dodaj komentarz »
O „Baronie” w Aleppo i świętych z Resafy

Już dwie notki od Dobrochny czekają na publikację. Pora na nadrobienie zaległości. Obie dziś zamieszczę. Po co mają się kisić w mojej skrzynce? Zwłaszcza, że pokazują m.in. wnętrza Hotelu Baron w Aleppo, w którym zatrzymywał się niegdyś brytyjski archeolog sir Max Mallowan wraz z żoną Agathą Christie. Dobrochna przysłała też zdjęcia z Resafy, dawnego Sergiopolis i bardzo ciekawie napisała o św. Sergiuszu i Bachusie. Świątynię pw. św. Sergiusza widziałam w Maaloula, jedynym na świecie miasteczku, którego mieszkańcy mówią w języku Chrystusa - po aramejsku. W tej świątyni słyszałam też modlitwę Ojcze nasz w języku aramejskim. Kasia Kobylecka z Radia nagrała ją i obiecała mi podesłać dźwięki. Ojcze nasz mówiła młoda dziewczyna. Robiła to z prawdziwą wiarą w głosie. Za każdym razem, a słuchałyśmy jej kilkakrotnie. Muszę odezwać się do Kasi w sprawie tego nagrania. W świątyni nie można było jednak robić zdjęć, więc fotek nie pokażę

Po za tym już wkrótce mam nadzieję na wieści od Krzysztofa. Ekipa wróciła z Palmyry. To koniec tegorocznych tam wykopalisk, ale nie koniec blogu. Kawałek Syrii i Mitreum w Hawarte pokaże nam jeszcze Dobrochna. A pisze bardzo ciekawie:

"Pierwszy dzień w muzeum w Hamie upłynął mi na bieganinie i usiłowaniu zorientowania się w tutejszej rzeczywistości. Ledwo się urządziłam, a już trzeba było podjąć decyzję co z weekendem. Namówiłam dwie z Pań żeby pojechać daleko na wschód, do miejscowości Resafa, bizantyjskiego Sergiopolis. To dość daleko więc zdecydowałyśmy się na nocleg w Aleppo i powrót w sobotę.

Z reguły tego nie robię, ale tym razem chętnie przystałam na skorzystanie ze zorganizowanej wycieczki. Takie jednodniowe wypady są oferowane przez większość tutejszych hoteli, a że ja w tym roku musiałam zamieszkać w hotelu, to właściciel, jakby czytając mi w myślach, oświadczył, że następnego dnia jest grupa do wioski beduińskiej, Resafa i Qalat Jabar, a wycieczka kończy się w Aleppo. Ponieważ w piątki transport lokalny na mało uczęszczanych trasach, szczególnie do południa, czyli do modlitwy, bywa trudny, zdecydowałyśmy się pójść trochę na łatwiznę i dać się zawieźć.

Mercedesem podróż do AleppoWarto było! Korzystając z minibusów nie dałybyśmy rady. Wyruszyliśmy o 7:30 z Hamy bardzo stylowym mercedesem, ponieważ okazało się że razem z nami jedzie tylko sympatyczny Irlandczyk Brendan. 12 godzin w trasie z godzinnym zwiedzaniem Sergiopolis (w pełnym słońcu) i pyszną rybą z grilla nad jeziorem Assada u podnóża zamku. Jezioro kusiło krystalicznie czystą wodą, jednak o kąpieli w tym regionie bez wzbudzania sensacji można zapomnieć, więc zadowoliliśmy się zamoczeniem nóg.

Resafa

Resafa

Msza w ResafieSergiopolis do dziś jest niezwykłym i upragnionym miejscem pielgrzymowania. Założone było już w czasach asyryjskich w IX w. p.n.e., ale dopiero za Dioklecjana zasłynęło wydarzeniem, po którym nastąpił rozkwit miasta.

Dotyczy ono późniejszych świętych - Sergiusza i Bachusa. Sergiusz był rzymskim żołnierzem który poniósł męczeńską śmierć wraz ze swoim towarzyszem Bachusem podczas krwawych prześladowań chrześcijan za czasów cesarza Dioklecjana. Odmówili oni w 291 roku wyrzeczenia się wiary chrześcijańskiej. Poddano ich wymyślnym torturom np. zmuszono do pokonania dużych odległości w tzw. żelaznych butach, nabitych wewnątrz ostrymi gwoździami. Na koniec ścięto im głowy mieczem w okolicy dzisiejszej Resafy.

Rozkwit miasta nastąpił za czasów cesarza Justyniana i jego żony Teodory. W Resafie powstała bazylika poświęcona obu świętym, a cesarzowa Teodora ofiarowała dla kościoła, według przekazów, ogromny złoty krzyż wysadzany szlachetnymi kamieniami. Został on jednak skradziony podczas walk Rzymu i Sasanidów. Po wygranych walkach został ostatecznie ceremonialnie zwrócony. Dokumenty podają, iż bazylika służyła wiernym nawet po podboju arabskim do 1093 r.Hotel Baron - hall

Sergiopolis zapewne zajmowało drugie miejsce, tuż po słynnym Qalat Seman, miejscu kultu Szymona Słupnika (również w dzisiejszej Syrii).

Dziś ta niezwykła popularność nie do końca przeminęła. W ciągu godziny natknęłyśmy się na dwie grupy (parafialne?), odprawiające msze w bazylice Sergiusza. To może malownicze, ale niestety staje się czasem większą atrakcją niż sam zabytek. Nie bardzo wiadomo jak zwiedzać nie przeszkadzając modlącym się, o robieniu zdjęć nie mówiącHotelowa restauracja

Wieczorem dotarłyśmy do Aleppo. To miasto to opowieść bez końca. Pierwszy w Syrii przystanek dla archeologów podążających Orient Expresem. Tu też zatrzymywała się Agatha Christie z mężem Max’em Mallowan’em wyruszając na wykopaliska do Nimrud. Klimaty tamtych czasów zachowały się w słynnym Hotelu Baron, w samym centrum miasta. Niestety dziś jest to mekka wszystkich spragnionych powrotu do czasów Lawrenc’a z Arabii, więc wypicie drinka w barze nie jest łatwe. Ceny pokoi z pewnością także nie dla dzisiejszych archeologów… ;)

Ale jest w Aleppo innych przybytków kulinarnych w bród.

Słynny bar w BaronieNatknęłyśmy się na uroczą rodzinną restaurację, której właściciel nie chciał nam tłumaczyć mozolnie tego, co jest w karcie i wpadł na lepszy pomysł zapraszając nas do kuchni! Uprzejmy kucharz pokazywał nam kolejno zawartość wszystkich kotłów i chętnie pozował do zdjęć. Na jednym z nich pani Ela pozuje z kucharzem, a w tle… Niestety, wszystko się wydało…. !;) Obiad był boski.

Aleppo jednak słynie z suq’ów pełnych wszelkich skarbów orientu. I my nie oparłyśmy się ich magii, ale to znacznie dłuższa opowieść…"

Rodzinna restauracja w Aleppo. Pani Ela pozuje z kucharzem, a Dobrochna...

Rodzinna restauracja w Aleppo. Pani Ela pozuje z kucharzem, a Dobrochna...

Dobrochna wspomniała o Qalat Seman, miejscu kultu Szymona Słupnika. Byłam tam i mam zdjęcia. To był drugi dzień trwania Silk Road Festival. Dobrochno, wywołałaś mnie do tablicy. :) Chyba wkrótce napiszę o tym, a na razie, pokażę zdjęcie. Oto ono:

Qalat Seman, miejsce kultu Szymona Słupnika. Pośrodku podstawa kamiennego około18-metrowego słupa na szczycie którego, na platformie o powierzchni dwóch metrów kwadratowych żył święty. Fot. Joanna Grabowska

Qalat Seman, miejsce kultu Szymona Słupnika. Pośrodku podstawa kamiennego około18-metrowego słupa na szczycie którego, na platformie o powierzchni dwóch metrów kwadratowych żył święty.

Zdjęcia: Elżbieta Bogdanowicz, Dobrochna Zielińska


 

18:12, joannagrabowska_net , Dookoła Syrii
Link Dodaj komentarz »
Goście, goście...

Podczas Silk Road Festival zwiedzaliśmy ruiny starożytnego miasta Ugarit, gdzie odkryto najstarszy na świecie zapis alfabetu. Bardzo rozległe to miejsce i w znacznym stopniu przebadane, ale nadal można jeszcze spotkać tam archeologów przy pracy. Wyobrażam sobie jak bardzo są zniecierpliwieni masą turystów plączących się po ruinach. Francuska archeolożka, która w tym roku tam właśnie kopała, patrzyła na nas z wyraźną niechęcią, kiedy zbliżyliśmy się do pozostałości po budowli, które akurat badała.

Ze wspomnień prof. Michałowskiego także jasno wynika, że wszelkiej maści i proweniencji turyści także w Palmyrze były i są utrapieniem dla naukowców. Ale... coś za coś. Nie wiem, czy Syryjczycy byliby tak skłonni gościć u siebie rozliczne ekipy naukowe, gdyby nie liczyły na rozwój turystycznych biznesów – efekt archeologicznych wykopalisk. I nie jest to wyłącznie znak naszych czasów. Z podobnymi „problemami” borykały się najwyraźniej ekipy prof. Michałowskiego, choć mam wrażenie, że sam Profesor lubił je, zwłaszcza że nie były to jeszcze watahy turystów, lecz osób tzw. prominentnych. Może się mylę, ale co właściwie wynika z tego fragmentu jego wspomnień?

W kilka dni później [po wizycie szefa Parlamentu Argentyny, który życzył Profesorowi znalezienia w Palmyrze złotego skarbu - jg] do Palmyry przybył kolumną białych cadillaców emir Kataru. Towarzyszył mu z Damaszku dyrektor naczelny Syryjskiej Służby Starożytności, mój przyjaciel Abdul Hak, od niego więc znam szczegóły tej wizyty. Emir przybywszy do Damaszku z oficjalną wizytą zażądał, aby ułatwiono mu i jego dworowi zwiedzenie Palmyry, ponieważ pragnie przed śmiercią własnymi oczami obejrzeć wspaniałe budowle, które zostały wzniesione przez dobre dżiny (dobre duchy). Kiedy Abdul Hak oprowadzał go po imponujących kolumnadach Palmyry i świątyni Bela, tłumacząc kolejne etapy historycznego rozwoju tego starożytnego miasta w oparciu o zachowane inskrypcje, że inne wiadomości... emir nie dał się przekonać. Kiwał z politowaniem głową, dając do zrozumienia, że woli się wstrzymać od użycia bardziej dosadnych wyrazów na określenie naiwności i uporu Abdul Haka i jego braku wiary w dobre dżiny.

Kiedy Abdul Hak wspomniał wreszcie, że działa tu polska misja, która przed kilkoma dniami odkryła skarb złota, emir machnął ręką na kolumnady i dżiny, rozkazując natychmiast pokazać mu złoto. Uprzedzono mnie i posłałem po moją żonę, która w domu wykopaliskowym nie rozstawała się ze szkatułką zawierającą nasz skarb, aby niezwłocznie przybyła ciężarówką na teren wykopalisk. Odbyła się ceremonia prezentacji mnie i mojej misji emirowi Kataru i Abdul Hak poprosił mnie, bym w krótkich słowach opowiedział gościowi o naszej działalności i o historii odsłanianych zabytków. Jednocześnie moja żona podeszła z otwartą szkatułką, zawierającą monety i biżuterię. Gdy emir zobaczył złoto, przestał słuchać moich wyjaśnień, włożył rękę do szkatułki i z lubością przesypywał przez palce złote monety. Widać było, że to sprawiało mu największą radość i satysfakcję.

Dlaczego jednak wieść o naszym odkryciu tak szeroko dotarła do wiadomości publicznej w stolicy Syrii? Trochę w tym i mojej winy, a wyglądało to w ten sposób. Tuż po naszym przyjeździe do Damaszku w owym sezonie 1960 roku Abdul Hak przy pierwszym spotkaniu z nami zatroskany powiedział mi o wielkiej stracie, jaką poniosło muzeum, gdzie przed kilkoma dniami dokonano włamania i zrabowano skarb złotych monet z epoki Omajjadów. Mówił mi wtedy o niepowetowanej stracie, że złodzieje na pewno zdążyli przetopić złoto na sztabki i że o odzyskaniu wartości muzealnej, zabytkowej tych przedmiotów nie ma już mowy. Kiedy więc w dwa tygodnie później odkryliśmy nasze złoto, zatelegrafowałem do Abdul Haka, donosząc o tym niezwykłym znalezisku, co było zresztą moim obowiązkiem. Dodałem jednak na końcu depeszy krótkie stwierdzenie, że w ten sposób otrzymuje on ekwiwalent ze skradziony skarb Omajjadów. Z tych czy innych powodów Abdul Hak uznał za właściwe podać natychmiast do prasy wiadomość o odkryciu przez Polaków złota w Palmyrze. I to właśnie wywołało prawdziwy najazd turystów z Damaszku.”

Zresztą emir, który bezpośrednio po zwiedzeniu ruin Palmyry udał się na posiłek złożony z pieczonych baranów, spożywanych w otoczeniu swego dworu i prostych mieszkańców Palmyry, kazał swemu kanclerzowi sypnąć tu garścią już współczesnego złota. W drodze powrotnej do Damaszku zwierzył się Abdul Hakowi, którego zresztą obdarował złotym rollexem, że ceni sobie tylko trzy rzeczy: złoto, kobiety i wonności.

Premier Indii Jawaharlal Nehru i Indira Gandhi oglądają złoty skarb. Z lewej Krystyna i Kazimierz Michałowski. Fot. Wspomnienia kazimierza Michałowskiego, PIW, Warszawa 1986

Premier Indii Jawaharlal Nehru i Indira Gandhi oglądają złoty skarb. Z lewej Krystyna i Kazimierz Michałowski.

Kilka dni później mieliśmy trzecie z kolei odwiedziny ”na wysokim szczeblu”. Był to premier Indii Jawaharlal Nehru ze swą córką, obecnym premierem Indii, panią Indirą Gandhi. Pamiętam, że w przeddzień zapowiedzianej wizyty moja żona powiedziała fotografowi misji, panu Henrykowi Romanowskiemu, że nie będzie chciała go znać, jeśli nie uda mu się zrobić naszego zdjęcia z Nehru. Henryk Romanowski dołożył istotnie wszelkich starań i w grobowcu Elahbela zdołał wykonać bez flesza świetne ujęcie nas czworga, przeglądających cóż by innego, jak nie złoty skarb! Fotografia ta wisi w naszej Stacji w Kairze. Najciekawsza jednak była reakcja premiera Newhru i Indiry Gandhio na widok naszego cennego znaleziska. Owszem, pogratulowali nam odkrycia, nie dotykając jednak przedmiotów złotych; Nehru interesował się bardzo organizacją naszych wykopalisk; oboje wyrażali słowa podziwu, że potrafiliśmy tak szybko po potwornych zniszczeniach wojennych znów stanąć w szeregach innych krajów o długiej tradycji badań i poszukiwań naukowych. Oboje nawiązywali w swoich wypowiedziach do wizyty, jaką złożyli w Polsce przed kilku laty i jeszcze mieli w pamięci wstrząsający widok bestialskich zniszczeń miasta oraz zapał mieszkańców poświęcających się jego odbudowie. Jako ciekawą okoliczność warto wspomnieć fakt, że chociaż obojgu dostojnym gościom język angielski był równie bliski jak ojczysty, ogólna rozmowa toczyła się po francusku – i to nie my, lecz oni pierwsi użyli francuskiego, uważając, że Polakom jest on bliższy niż angielski, a i w Syrii francuski był wówczas jeszcze drugim językiem używanym w tym kraju.

Te trzy spotkania w 1960 roku w Palmyrze niewątpliwie należały do bardziej interesujących odwiedzin, jakie zdarzyły się na naszych wykopaliskach na przestrzeni minionych dwudziestu lat. W większości wypadków jednak wizyty gości podczas prowadzenia wykopalisk nie należą do rzeczy pożądanych przez archeologów. Zabierają im czas, odrywają od normalnych zajęć i rzadko kiedy stanowią prawdziwą atrakcję. Po odkryciu skarbu przeżyliśmy w Palmyrze istną lawinę zwiedzających, którzy specjalnymi autobusami przyjeżdżali z Damaszku, ażeby na własne oczy zobaczyć znalezione złoto. Większość wróciła zawiedziona, gdyż nasze odkrycie nie było przeznaczone wówczas do oglądania – obecnie znajduje się w gablocie muzeum w Palmyrze – znalezisko to przechowywaliśmy w domu pod ścisłą kontrolą i było ono przedmiotem dokumentacji i opracowania naukowego."

Fragmenty „Wspomnień” prof. Kazimierza Michałowskiego wydanych przez PIW, Warszawa 1986 r.

07:12, joannagrabowska_net , Palmyra kiedyś
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 października 2010
Rok 1960. Dahab znaczy złoto

Nic tak nie ekscytuje ludzi jak złoty skarb - wszystko jedno: odkryty przez archeologów, czy przez jakiegoś rolnika gdzieś w polu. Taki skarb trafił się - zupełnie nieoczekiwanie - polskim archeologom w Palmyrze pracujących tam pod wodzą prof. Kazimierza Michałowskiego. Jedyny złoty skarb odkryty dotąd w tym bogatym niegdyś mieście. Był pod podłogą jednego z domów w obozie Dioklecjana.

Początek prac wykopaliskowych w Palmyrze. Fot. Archiwum CAŚ

Początek prac wykopaliskowych w Palmyrze.

Oto jak prof. Kazimierz Michałowski wspomina to wydarzenie:

Prace w Obozie Dioklecjana. Fot. Archiwum CAŚ„Przez pierwszych kilka sezonów prowadziliśmy nasze wykopaliska na dwóch odcinkach: na głównej nekropolii, w tzw. Dolinie Grobów – i w zachodniej dzielnicy miasta, to jest w Obozie Dioklecjana. Każda z kolejnych kampanii przynosiła bardzo obfity plon znalezisk, przede wszystkim w zakresie plastyki i epigrafiki, a także konstrukcji architektonicznych. Ponieważ Palmyra należy do najbardziej atrakcyjnych zespołów archeologicznych w Syrii (...) wszystkie ważniejsze osobistości, składające w tym kraju wizyty oficjalne, miały w swoim programie również zwiedzenie tej pustynnej stolicy. (...) W czasie jednej z tych oficjalnych wizyt miało na wykopaliskach miejsce wydarzenie, które zapisało się złotymi zgłoskami (i to „złotymi” w sensie dosłownym) nie tylko w annałach naszej misji wykopaliskowej, ale w ogóle w Syrii, znaleźliśmy bowiem w Palmyrze złoto. Fakt tym bardziej znamienny, że żadne dotychczasowe wykopaliska w Palmyrze nie przyniosły znalezisk złotych obiektów. Tłumaczono to tym, że miasto dwukrotnie zostało doszczętnie wyrabowane: raz po zdobycie go przez legiony Aureliana, drugi raz – po poddaniu się wojskom Khaleda ibn al. Walida w 634 roku.

Rzecz wyglądała następująco. Któregoś dnia, gdy przebywałem właśnie na odcinku nekropoli w Dolinie Grobów, rozkopując jeden z podziemnych grobowców, podjechało kilka samochodów osobowych. Z jednego z nich wysiadła osobistość odziana w kafiję i w niesłychanie bogato złotem lamowaną opończę w towarzystwie dwóch Syryjczyków; w jednym z nich rozpoznałem Obeida*. Podeszli do miejsca, w którym stałem i Obeid dokonał prezentacji, oznajmiając swoją pompatyczną francuszczyzną, że przywiózł mi „le prince d’Argentine” (”argentyńskiego księcia”). Wiedziałem od razu, że coś tu nie tak: Argentyna książąt nie ma; ale już po chwili jegomość w nieco groteskowym stroju przedstawił mi się sam jako prezes parlamentu argentyńskiego, profesor Monjardin. Ten bardzo kulturalny pan ogromnie interesujący się naszymi wykopaliskami słusznie podkreślił, że wizyta w ruinach Palmyry dopiero wówczas nabiera prawdziwego uroku, jeżeli trafi się na kopiących tu archeologów. Oprowadziłem go po tym sektorze wykopalisk i przy pożegnaniu profesor Monjardin rzekł: >Nie wiem, czy wypada życzyć tego archeologom, ale ja panu życzę, żeby odkrył pan złoto.<

Odpowiedziałem, że bardzo mu jestem wdzięczny za te życzenia, lecz niestety, w Palmyrze złota znaleźć nie można - i wyłuszczyłem wspomniane już powody. Mimo wszystko pan Monjardin upierał się przy tym, że może ja właśnie będę pierwszym, który odnajdzie tu przedmioty ze złota.

Zaledwie prezes parlamentu argentyńskiego odjechał w towarzystwie Obeida, usłyszałem z daleka krzyki, w których rozpoznałem bez trudu wyraz „dahab”, co znaczy po arabsku ”złoto”. Okazało się, że ścieżką przez pustynię pędził ku mnie na rowerze jeden z robotników ekipy rozkopującej zachodnią dzielnicę miasta, cały podniecony, z wiadomością, że odkryto złoto! Sam nie chciałem temu wierzyć, ale złapałem ciężarówkę i pomknąłem w stronę drugiego sektora wykopalisk. Ku memu najwyższemu zdumieniu - no i oczywiście radości – istotnie stwierdziłem, że tuż przy południowo-zachodnim narożniku odkrytego przez nas tetrapylonu, jakby pod progiem jednego ze sklepów, które mieściły się niegdyś po obu stronach tej części kolumnady, wiodącej od tetrapylonu do tzw. Wielkiej Bramy - znaleziono rozbite fajansowe naczynie, w którym znajdowało się dwadzieścia siedem złotych solidów Fokasa, Heraklusa I i II oraz Constansa, a także zespół damskiej biżuterii w postaci kolczyków, pierścionków, wisiorków i broszy. Warunki odkrycia wskazywałyby na to, że ktoś uciekający przed śmiercią, która go tu dosięgła, wsunął pod kamienny próg domostwa to właśnie naczynie ze skarbem. W pobliżu istotnie znaleźliśmy szkielet ludzki.

Kiedy już minęła pierwsza chwila emocji, po przeliczeniu złotych moment i obejrzeniu biżuterii przypomniałem sobie profesora Monjardina. Przecież to on właśnie jakby wywróżył mi znalezienie w Palmyrze złota! Ponieważ wiedziałem, że miał on wprost z Doliny Grobów udać się na lunch do hotelu „Zenobia”, pchnąłem tam natychmiast jednego z podraisów z krótką wiadomością skreśloną ołówkiem na karteczce, w której informowałem go o odkryciu złota, proponując przyjście do nas na wykopaliska lub po śniadaniu do naszego domu w celu obejrzenia tego skarbu. Profesor Monjardin przybył; był pierwszym, nie licząc członków misji, który obejrzał nasze cenne znalezisko – i muszę powiedzieć, że istotnie był pełen dumy, że jego wypowiedziane pod moim adresem życzenia spełniły się tak szybko. Kiedy naszym ambasadorem w Buenos Aires był pan Edward Bartol, za jego pośrednictwem miałem kontakt z prezesem parlamentu Argentyny.”

* Warto jeszcze przytoczyć kilka słów profesora Michałowskiego o Obeidzie Taha, ówczesnym inspektorze zabytków w Palmyrze.

„Ten człowiek bez wyższego wykształcenia, samouk, który świetnie opanował język francuski, był pomocnikiem technicznym Roberta Amy w czasie jego pobytu w Palmyrze i prac nad umocnieniem niektórych monumentalnych budowli, jak Wielkiego Łuku czy wejścia do świątyni Bela - napisał o nim Profesor. - Człowiek niezwykle inteligentny, zebrał nie tylko szerokie wiadomości dotyczące technicznej strony wykopalisk i konserwacji architektury, lecz również towarzysząc innym archeologom, na przykład Haraldowi Ingholtowi, zdobył nieoczekiwanie dużą znajomość epigrafiki palmyreńskiej. Żył jak patriarcha, w obszernym domu w nowej części Palmyry, otoczony synami, córkami, zięciami i wnukami. W Palmyrze istniało kilka rodzin, które faktycznie decydowały o wszystkim, co się tam działo. Klan Obeida był bardzo potężny i konkurował z drugim, o wiele bogatszym, ale posiadającym wówczas jeszcze znacznie mniejsze wpływy, rodem Kalejów, do których należał jedyny w owym czasie w Palmyrze hotel „Zenobia”, zbudowany przez romantyczną hrabinę d’Andurain. Obeid miał ambicje wykształcenia niektórych spośród swoich synów, wysyłał ich na studia wyższe do Damaszku i Bejrutu; jeden z nich nawet skończył magisterium u mnie w Warszawie, ale żaden nie zdołał dorównać ojcu inteligencją, sumiennością, poczuciem odpowiedzialności i pracowitością.

Nie od razu Obeid, człowiek przyzwyczajony do współpracy z archeologami, uznał mój autorytet. Trzeba było kilku lat pracy, a przede wszystkim ukazujących się rokrocznie w języku francuskim moich publikacji wykopalisk Palmyry, aby zaimponować Obeidowi. Myślę, że najwięcej uznania zdobyły u niego moje książki, które trzymał u siebie na honorowym miejscu. Po upływie paru lat poprosił mnie o zrobienie wspólnego zdjęcia, które w dużym powiększeniu zawisło następnie w głównej izbie jego domu. Mimo że mówił on po francusku bardzo płynnie, miał oczywiście trudności w prawidłowej wymowie niektórych wyrazów. I tak na przykład nie był w stanie wymówić poprawnie jakże często używanego w czasie wykopalisk w Palmyrze wyrazu „construction”, mówił zawsze „construcation”, co niezmiernie nas bawiło.”

Fragmenty ze „Wspomnień” Kazimierza Michałowskiego, wydanych przez PIW, Warszawa 1986

Zdjęcia: Archiwum CAŚ

16:13, joannagrabowska_net , Palmyra kiedyś
Link Dodaj komentarz »
Rok 1959. Pierwsza misja do Palmyry, czyli jak nie stracić twarzy

Koncesja na wykopaliska przyznana została Polakom w 1958 roku. Pierwsza misja wyjechała do Palmyry rok później. Początki były trudne. Polska ekipa nie miała nawet własnego sprzętu. Część własnego - narzędzia, łopaty, motyki, a nawet niektóre polowe meble i urządzenia kuchenne - pożyczył jej prof. Paul Collart z uniwersytetu genewskiego, który wcześniej pracował przy świątyni Baalszamina. „Musieliśmy ograniczać nasze wydatki do minimum, ale czynić to w taki sposób, aby nie >stracić twarzy< wśród nie-Syryjczyków” - wspominał prof. Kazimierz Michałowski. Polacy zamieszkali w domu w obrębie kolumnad świątyni Bela. Mieszkali w nim zresztą potem długie lata podczas kolejnych ekspedycji. Tak zdecydował ówczesny syryjski Urząd Archeologiczny.

W domu wykopaliskowym podczas jednego z pierwszych sezonów. Fot. Archiwum CAŚ

W domu wykopaliskowym podczas jednego z pierwszych sezonów.

Widziałam ten dom, byłam w nim i mam z niego zdjęcia. Teraz wygląda tak:

Wewnętrzne patio. Wchodzimy do domu wykopaliskowego w obrębie świątyni Baala. Marcin Wagner, który jest naszym przewodnikiem, powiedział, że po remoncie zmienił się na niekorzyść. Najbardziej drażnią go wymalowane olejnymi farbami lamperie. Fot. Joanna Grabowska

Wewnętrzne patio. Wchodzimy do domu wykopaliskowego w obrębie świątyni Bela. Marcin Wagner, który jest naszym przewodnikiem, powiedział, że po remoncie zmienił się na niekorzyść. Najbardziej drażnią go wymalowane olejnymi farbami lamperie. 

Tu zawsze odpoczywaliśmy po pracy - opowiadała Marcin. Według niego, teraz to miejsce nie ma już dawnego klimatu. Można tę fotkę zestawić z pierwszą, archiwalną. Czy Marcin ma rację? Fot. Joanna Grabowska

Tu zawsze odpoczywaliśmy po pracy - opowiadał Marcin. Według niego, teraz to miejsce nie ma już dawnego klimatu. Można tę fotkę zestawić z pierwszą, archiwalną. Czy Marcin ma rację?

Tyle szkła w tym budynku też nie było - narzeka Marcin. Fot. Joanna Grabowska

Tyle szkła w tym budynku też nie było - narzeka Marcin.

Teraz nie ma już w tym domu żadnych ekip archeologicznych. Pozostaje on wyłącznie w dyspozycji syryjskich służb starożytności. Prezentuje się ciekawie i przyznam, dopiero widok z jego tarasu przekonał mnie do tego, w co wcześniej musiałam po prostu wierzyć: że Palmyra, to istotnie oaza. Oto te dowody:

Wyspa zieleni na pustyni. Fot. Joanna Grabowska

Oaza. Prawdziwa wyspa zieleni na pustyni.

Dwa „dowody” chyba wystarczą. Fot. Joanna Grabowska

Dwa „dowody” chyba wystarczą. Tym bardziej, że warto pokazać jeszcze jeden widok z okien domu wykopaliskowego - na świątynię Bela.

Świątynia Bela, widziana z okien domu wykopaliskowego. Fot. Joanna Grabowska

Świątynia Bela, widziana z okien domu wykopaliskowego. 

Profesor Michałowski tak wspomina życie w tym niezwykłym miejscu:

„(...) rezydowałem w owym jakże romantycznym budynku, z palmami na dziedzińcu, tarasami, z których roztaczał się w noc księżycową wspaniały widok na ruiny świątyni i gdzie po ciężkiej pracy na wykopie można było doskonale wypoczywać i pracować. Przez pierwszych kilka lat dawał się we znaki jedynie brak wody, którą musiano dowozić w pojemnikach na osiołku. Jej smak nie był jednak przyjemny. W kilkanaście lat później Syryjczycy zmodernizowali ten budynek, doprowadzając doń nie tylko wodociąg, ale nawet elektryczność. Niewątpliwie ułatwiło to w znacznym stopniu archeologom życie codzienne, odzierając jednak z romantycznej aury ten jedyny w swoim rodzaju dom wykopaliskowy, w którego murach oświetlanych lampą naftową lub świeczkami żyły przecież tradycje pionierów nowoczesnej archeologii palmyreńskiej.”

Dziś podróż z Damaszku do Palmyry trwa 3-4 godziny. Jedzie się wygodną asfaltówką ciągnącą się przez pustynię. W czasach pierwszych misji jednak tak dobrze nie było. Jak wspomina Profesor podróż trwała cały dzień i jechało się nie szosą lecz po prostu przez Pustynię Syryjską.

„Nasze wykopaliska w Palmyrze rozpoczęły się pod dobrą gwiazdą - napisał we wspomnieniach prof. Michałowski. - Jakkolwiek teren był bardzo trudny i wymagał stosowania zupełnie specjalnych metod w pracy wykopaliskowej, kierując się prawidłowym, logicznym wnioskowaniem na podstawie posiadanych przez nas danych historycznych i odkrywanych przez nas elementów zabytkowych, mogliśmy dojść już od pierwszej kampanii do ciekawych, interesujących wyników, powiększanych w każdym następnym sezonie. Chciałbym właśnie zwrócić uwagę na te cechy, tzn. ścisłe, logiczne rozumowanie, zdrowy rozsądek, a nie to, co zwykliśmy nazywać szczęściem poszukiwacza, które odegrały decydującą rolę w naszych palmyreńskich zdobyczach.”

Cytuję fragmenty „Wspomnień” Kazimierza Michałowskiego, wydanych przez PIW, Warszawa, 1986

Zdjęcia: Archiwum Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej i Joanna Grabowska

14:14, joannagrabowska_net , Palmyra kiedyś
Link Dodaj komentarz »
O tubie, Mitreum i Aniołkach-Konserwatorkach

Jest notka od Dobrochny, która dotarła już do Hama. Bedzie tam pracować przy malowidłach odkrytych w Mitreum w Hawarte, wiosce połozonej kilkadziesiąt kilometrów od Hamy. Przedłuży to trochę naszą obecność w Syrii, bo w samej Palmyrze wykopaliska właśnie sie zakończyły. A w Syrii pozostać warto, bo wielu miejsc jeszcze nie opisałam, o wielu pracach nasi archeolodzy i konserwatorzy jeszcze nie opowiedzieli. No i tę swoją nieszczęsną relację (nieszczęsną, bo ciągle na nią brakuje mi czasu) z Silk Road Festival muszę wreszcie dociągnąć do szczęśliwego zakończenia. Póki jeszcze wszystko żywo mam wpamięci. A teraz nowiny od Dobrochny:

„Rzeczywiście, tak jak pisał Marcin, tuba z posterem okazała się „atrakcją” mojej podróży do Hamy. Najpierw pan taksówkarz w Palmyrze nie wiedział, co z nią zrobić. Znalazł jednak w końcu oryginalne rozwiązanie i wieźliśmy tubę poza samochodem. Jednym końcem tuba oparta była o lusterko zewnętrzne, drugi podtrzymywał Marcin ręką wyciągniętą przez szybę tylnych drzwi naszej taksówki.

Wyjazd z Palmyry. Marcin z Tubą. Fot. Dobrochna Zielińska

Wyjazd z Palmyry. Marcin z Tubą.

Dostawiane plastikowe foteliki w syryjskim autobusie. Fot. Dobrochna ZielińskaTak pojechaliśmy na karadż Homs, czyli dworzec, z którego odjeżdżają małe autobusiki do Homlu. Potem, już w autobusie musiałam zwracać na nią uwagę, bo leżała w przejściu między siedzeniami. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że kiedy wszystkie miejsca siedzące były już zajęte dodano rząd siedzeń właśnie w przejściu, używając zwykłych plastikowych fotelików kawiarnianych! J Tutejsza pomysłowość nie zna granic.

W Hamie czekały już na mnie Ewa Parandowska, Elżbieta Bogdanowicz i Maria Niewiadomska, czyli urocza blond ekipa pań konserwatorek Aniołków Charliego, które w mig rozprawiają się z kolejnymi fragmentami malowideł z Mitreum.

W tym roku nie ma już wykopalisk w samym Hawarte. Cała praca skupia się na opracowywaniu kawałków tynków znalezionych w rumowisku groty podczas wykopalisk. Największe puzzle świata… i wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że nigdy nie lubiłam układanek… ;)

Aniołki-Konserwatorki: Ewa Parandowska (od lewej) Elżbieta Bogdanowicz, Maria Niewiadomska. Fot. Dobrochna ZielińskaKonserwatorkom towarzyszy jeszcze Piotr Parandowski, archeolog, pisarz oraz twórca filmów o pracach archeologicznych, człowiek renesansu i wielu talentów etc.

Historia badań stanowiska Hawarte, położonego 15 km na północ od Apamei, sięga lat 70., kiedy francuski badacz Pierre Canivet przebadał ruiny kościoła z V wieku. Mozaiki z bazyliki można oglądać teraz w muzeum. 20 lat później pośrodku głównej nawy zapadła się podłoga odsłaniając malowidła z głównego pomieszczenia Mitreum. Niestety, pierwszymi, którzy to odkryli, byli rabusie. Wycięli fragment tynku i próbowali go przemycić przez granicę. Czujne syryjskie służby celne zatrzymały sprawców i w ten sposób natrafiono na ślad groty mitraickiej.

Wkrótce po tym wydarzeniu w 1998 r. prof. Gawlikowski otrzymał od Dyrekcji Generalnej Starożytności i Muzeów Syrii propozycję odkopania groty i zabezpieczenia znalezionych tam malowideł. Na podstawie dokładnych badań archeologicznych możemy stwierdzić, że pierwsze malowidła wykonano około roku 360, a ostatnia warstwa pokryła ściany groty tuż przed zniszczeniem Mitreum w początku V w.

Podczas wszystkich ośmiu sezonów wykopaliskowych w Hawarte została odsłonięta prawie cała grota, z tą najważniejszą częścią, głównym choć nieregularnym pomieszczeniem (5x7 m), którego ściany pokrywało pięć warstw dekoracji malarskiej. Kolejne warstwy powtarzały te same motywy w tych samych miejscach. Całość przedstawiała epizody z życia Mitry, od jego narodzin ze skały w obecności boga Słońca, poprzez ujarzmienie byka, hołd złożony perskiemu bogu przez Heliosa, po scenę wspólnego bankietu obu bogów. Jedynie nisza pośrodku ściany północnej była pokryta białym tynkiem pozbawionym jakiejkolwiek dekoracji. Oznaczało to, że był tu niegdyś posąg Mitry zabijającego byka (niestety nie został nigdy odnaleziony, najprawdopodobniej wierni ukryli go przed zbezczeszczeniem).

Sala główna Mitreum w Hawarte. Fot. Dobrochna Zielińska

Sala główna Mitreum w Hawarte.

Sala główna Mitreum. Fot. Dobrochna ZielińskaPrace naszego zespołu w Hamie dobiegają końca. Wszystkie wysiłki skupiają się na przygotowaniu poszczególnych kompozycji do stałej ekspozycji, która wzbogaci tutejsze zbiory. I to już moje zadanie od kilku sezonów. Niestety wraz z moim przyjazdem okazało się,  że wszystkie dotychczasowe ustalenia z poprzednią dyrekcją muzeum, na których oparłam projekt wstępny, są nieaktualne. Pozostaje mi zatem na razie improwizować i postarać się w tym sezonie przygotować jak najwięcej do finału za rok. Zobaczymy. Zostały mi niecałe dwa tygodnie…

Mitraizm rozpowszechnił się na terenie Cesarstwa Rzymskiego w I wieku n.e. z tego czasu pochodzą najstarsze znane nam pomniki boga Mitry odsłonięte w rzymskich obozach wojskowych w Novae i Carnuntum nad Dunajem. Z Rzymu znamy ponad 100 mitreów, 16 z Ostii, dziesiątki odkryto na terenie dzisiejszych Niemczech, Anglii, Austrii, na Węgrzech i na Bałkanach. Wszędzie tam, gdzie stacjonowały rzymskie legiony.

Pierwotnie Mitra był bogiem traktatów i przyjaźni, w Iranie stał się opiekunem prawdy, którego często łączono z Ahura Mazdą. Był on bogiem światła, który miał przemierzać nieboskłon na swym złotym rydwanie. Zazwyczaj jest przedstawiany w w spodniach i kaftanie oraz w tzw. czapce frygijskiej.”

Zdjęcia: Dobrochna Zielińska

11:54, joannagrabowska_net , Mitreum w Hawarte
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 października 2010
Mecz o Palmyrę: Polska - RFN - 1:0

Pora na nadrabianie zaległości, zwłaszcza że brakuje mi informacji o tym, co teraz dzieje się w Palmyrze.

Ale obiecałam, że napiszę, jak to było z Palmyrą kiedyś. Dziś zaczynam. Posłużę się przy tym fragmentami wspomnień prof. Kazimierza Michałowskiego, dzięki któremu wszystko się zaczęło...

O sytuacji poliycznej, w jakiej toczyły się rozmowy o rozpoczęciu polskich wykopalisk w Palmyrze Prof. Michałowski pisał tak:

„W lutym 1958 roku nastąpiła pierwsza unia Egiptu z Syrią. W układzie wzajemnych stosunków rola wiodąca przypadała wyraźnie Egiptowi, nic więc dziwnego, że u samego początku tkwiły już zalążki sporów i nieporozumień, które w ciągu czterech niespełna lat doprowadziły do rozpadnięcia się tego organizmu państwowego. W roku 1958 wszystko jednak zapowiadało się jak najlepiej. Syryjczykom, a przede wszystkim rządzącej partii BAAS, bardzo zależało na jak najściślejszym związku z Egiptem. Każda inicjatywa wychodząca z Kairu była przyjmowana przez Damaszek serdecznie. Ambasady państw obcych w Damaszku zostały zlikwidowane lub przekształcone na konsulaty generalne, ambasadorowie zaś akredytowani w Kairze przy prezydencie Naserze roztaczali też swoją opiekę nad terytorium syryjskim.

Aleksander Krajewski [ambasador Polski w Kairze - jg], doskonale wyczuwając atmosferę polityczną, jaka wówczas zaistniała w Syrii, uważał za właściwe, aby Polska właśnie za pośrednictwem swych obywateli z Kairu umacniała swoją obecność w stolicy nad Baradą. Ponieważ wiedział on o moim zainteresowaniu Palmyrą, a będąc człowiekiem gruntownie wykształconym orientował się nieźle w jej roli i znaczeniu jako pewnego symbolu poszukiwań archeologicznych, namówił mnie do wyjazdu wraz z nim do Damaszku w celu ewentualnego zorientowania się w możliwościach rozpoczęcia tam naszych badań wykopaliskowych. W tym czasie bilet lotniczy z Kairu do Damaszku kosztował bodajże mniej niż do Luksoru.”

Do Damaszku Profesor pojechał z architektem Leszkiem Dąbrowskim i swoim synkiem. Towarzyszył im oczywiście ambasador Krajewski. Od Selima Abdul Haka, szefa syryjskiej służby starożytności, dowiedział się wówczas, że właśnie do Damaszku przyjechała misja Niemieckiego Oddziału Archeologicznego zainteresowana koncesją w Palmyrze.

Decyzja w tej sprawie miała zapaść dwa dni później...

„(...) podczas śniadania, jakie na ich cześć wydaje Abdul Hak w rządowym klubie, tzw. Club d’Orient - pisze Profesor. - Gdybyśmy jednak mogli wyjechać jutro o świcie do Palmyry, dokonać tam rozpoznania terenu i przedstawić mu na tymże śniadaniu, na które nas zaprasza, swój wniosek o przyznanie koncesji wraz ze szkicem terenu – to sprawa jest do wygrania. Aby nam ułatwić działanie, Abdul Hak dał nam do dyspozycji swój samochód, który miał nas o brzasku zabrać w podróż do Palmyry. Należało przybyć tam za dnia, aby tego samego dnia móc jeszcze dokonać prospekcji terenu i ustalić prowizoryczny plan koncesji, tak by nazajutrz o świcie wyjechać z Palmyry i zdążyć na śniadanie do Club d’Orient. Wyczyn nie lada, jeśli wziąć pod uwagę, że w owym czasie nie było jeszcze asfaltowej drogi z Damaszku do Homsu i  z Homsu do Palmyry, że jechało się przez Kariatein pistą pustynną, a burze piaskowe, które zwykle uniemożliwiały dojazd do miejsca przeznaczenia, zdarzały się na tej drodze bardzo często.”

Profesor i architekt mieli szczęście. Pogoda im sprzyjała, nie było burz piaskowych i samochód się nie popsuł. Zdołali wytyczyć ogólny zarys planu Obozu Dioklecjana w zachodniej części miasta i odcinka w Dolinie Grobów - przy wieży Elahbela. O umówionej porze stawili się w rządowym Club d’Orient na spotkaniu.

„(...) Abdul Hak powitał nas ogromnie serdecznie. I teraz nastąpiła jedna z moich przygód archeologicznych, jeśli tak można to zdarzenie nazwać, w której Polska wygrała 1:0 z Republiką Federalną Niemiec. Przede wszystkim cały zespół dyrektorów niemieckich instytutów archeologicznych łącznie z prezesem, Erichem Boeringerem, składał się z moich kolegów z lat przedwojennych; znaliśmy się doskonale z Berlina, Heidelbergu i Rzymu. Boeringera spotkałem tuż po wojnie, w Szwajcarii w roku 1956, ale pozostałych widziałem po raz pierwszy po letniej przerwie. Zaraz po powitaniach każdy z nich przeto uważał za stosowne podkreślać wobec mnie swój negatywny stosunek do Hitlera i głośno potępiać zbrodnie popełnione przez niego w Polsce, które ich zdaniem stanowiły dla nich hańbę. Ten tak wylewny właśnie w owym momencie stosunek kolegów niemieckich do mnie był mi bardzo na rękę, za chwilę bowiem miał się zacząć nasz mecz o Palmyrę. Ale szczęście sprzyjało nam w dalszym ciągu, nie tylko w czasie podróży przez pustynię. Okazało się, że dla nadania swej wizycie oficjalnego charakteru koledzy niemieccy mieli w swoim gronie generalnego konsula Republiki Federalnej Niemiec w Damaszku wraz z małżonką. Tak, ale ja miałem ambasadora.”

Kiedy kilka lat temu pisałam o 70-leciu polskich wykopalisk w Egipcie, wszyscy moi rozmówcy-archeolodzy podkreślali, że gdyby nie nadzwyczajne umiejętności dyplomatyczne Profesora Michałowskiego, prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło. Podobnie mówili wykopaliskach w Syrii. A jakie zabiegi potrzebne były w przypadku Palmyry? Profesor Michałowski spotkanie w Club d’Orient wspomina to tak:

„Właściwie sprawa została przesądzona już w samym układzie stołu. Ponieważ Abdul Hak występował bez żony, jego vis à vis przy stole zajął ambasador Krajewski. Pani konsulowa niemiecka zajęła miejsce po prawej stronie przy Abdul Haku, po której lewej ręce usiadł prezes instytutu niemieckiego, to znaczy profesor Boerringer. Na prawo od ambasadora polskiego miał swoje miejsce konsul generalny RFN, na lewo zaś ja. W ten sposób znalazłem się vis à vis niemieckiej konsulowej; reszta gości rozmieszczona została przy pozostałej części stołu. Na dobitek Abdul Hak, aby ułatwić nam sprawę, nie mówił ani słowa po niemiecku, co dla moich kolegów niemieckich (...) stanowiło pewne utrudnienie. Krajewski, wyczuwając wagę tego śniadania, był w doskonałym humorze, (...) sypał anegdotami jak z rękawa, wprawiając w doskonały humor Abdul Haka i całą resztę biesiadników.

Tymczasem ja, mając po lewej stronie jednego z kolegów niemieckich, zdaje się, że Herbiga, a naprzeciwko konsulową niemiecką, rozmawiałem trochę po niemiecku i trochę po francusku, biorąc udział w ogólnej konwersacji. W pewnej chwili pani konsulowa zwróciła się do mnie z komplementem, z ją łatwością przerzucam się z jednego obcego języka na drugi, wyrażając przy tym ciekawość, czy potrafiłbym w ten sposób kontynuować rozmowę, gdybym miał użyć jeszcze jednego języka. Powiedziałem, że również z włoskim, nie miałbym zapewne trudności, na co ona zwróciła się do mnie świetnym akcentem rosyjskim, zapytując, czy mógłbym rozmawiać także i w tym języki. Odrzekłem, że oczywiście tak; okazało się, że konsulowa pochodzi z Niemców bałtyckich i po niemieckim jej drugim językiem jest właśnie rosyjski!

Dalszy ciąg rozmowy między nią a mną toczył się już ku powszechnemu zdziwieniu współbiesiadników w języku rosyjskim. Kiedy skończyliśmy śniadanie, przy czarnej kawie Abdul Hak zapytał mnie o plany Palmyry. Przedstawiłem mu je z krótkim słownym wyjaśnieniem, dotyczącym proponowanego wyboru terenu. Abdul Hak zapytał mnie o plany Palmyry. Przedstawiłem mu je z krótkim słownym wyjaśnieniem, dotyczącym proponowanego wyboru tematu. Abdul Hak spojrzawszy na plany powiedział: >No, sprawa jest załatwiona< - i od razu podpisał koncesję, po czym zwracając się do Niemców rzekł: >No cóż, Polacy uprzedzili panów. Mają już gotowe plany terenu, podczas kiedy panowie dopiero wybieracie się do Palmyry. Myślę, że jednak panowie moglibyście wziąć z powodzeniem inną koncesję, ja wam chętnie przydzielę Resafy na północy.< Boeringer, który był dobrym dyplomatą, zorientował się, że Palmyra jest przegrana i natychmiast wyraził gotowość przyjęcia Resafy.

Po chwili z sąsiedniego salonu nadeszło kilku panów, z których jeden był ministrem spraw wewnętrznych Syrii, a więc osobą najważniejszą w tym gronie. Abdul Hak zapoznał nas ze sobą - i to stanowiło jakby przypieczętowanie sukcesu.”

Plan Palmyry. Po lewej stronie widać tereny o których wspomina Profesor Michałowski: Obóz Dioklecjana a jeszcze bardziej w lewo - wadi z Doliną Grobów. Groby to te maleńskie kwadraciki rozrzucone wzdłuż koryta wysychającej okresowo rzeki. Plan Marcin Wagner

Plan dzisiejszej Palmyry. Po lewej stronie widać tereny, o których wspomina Profesor Michałowski: Obóz Dioklecjana, a jeszcze bardziej w lewo i lekko w dół - wadi z Doliną Grobów. Groby to te maleńkie kwadraciki rozrzucone wzdłuż koryta wysychającej okresowo rzeki.

Jak rozpoczęły się wykopaliska w Palmyrze - w następnej notce.

Fragmenty wypowiedzi prof. Kazimierza Michałowskiego zaczerpnęłam z jego „Wspomnień” wydanych przez PIW, Warszawa, 1986.

13:26, joannagrabowska_net , Palmyra kiedyś
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 października 2010
Dobrochna jedzie do Hama, tam, gdzie jest mitreum

Hama to spore miasto na trasie z Damaszku do Aleppo. Przejeżdżaliśmy przez nie pierwszego dnia trwania Silk Road Festival, ale nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę. To było w tym czasie, kiedy jeszcze nie zorientowaliśmy się, że nasza syryjska przewodniczka Maya uważa za swój obowiązek jedynie transportowanie nas z punktu A do punktu B i żywienie po drodze (a może dożywiała głównie samą siebie, bo – jak czas pokazał – bardzo lubiła jeść i wiecznie była głodna). Przegapiliśmy więc Hama z jego wielkimi kołami wodnymi, noriami, napędzanymi przez wody rzeki Asi. Ale Mayę i jej specyficzne pojmowanie zadań przewodnika obsmaruję winnym miejscu. Tym bardziej, że Dobrochna nie z powodu norii pojechała do Hama, tylko do Mitreum odkrytego kilka lat temu przez prof. Gawlikowskiego. Pisałam o tym do „Gazety” na stronę nauki. Czy muszę dodawać, że stanowiska archeologicznego z Mitreum także nam nie pokazała?Nie było na to szans, zwłaszcza, że Mitreum jest nie w Hama lecz w maleńkiej wiosce Hawarte, ok. 60 km od Hama.

Środa – 13 października

To jeden z moich ostatnich wpisów. Znów Krzysiek będzie pisywał na bloga. Ja jutro wyjeżdżam, bo nad ranem w piątek mam samolot do Polski przez Budapeszt, oczywiście liniami Malev. Dziś odprowadzałem Dobrochnę na autobus na dworzec Karadż Homs. Jedzie do Hama, lecz najpierw musi się dostać do Homs. W Hama będzie pomagała polskim konserwatorom, którzy pod kierunkiem Ewy Parandowskiej, składają drobne fragmenty dekorowanych tynków z Mitreum, jedynego jaki do tej pory znaleziono w Syrii.

Mam nadzieję, że opisze swoją podróż. Zwłaszcza, że rozpoczęła się zabawnie z powodu problemów z ogromną tubą z posterem, który zawiśnie w muzeum w Hama.

Kamienne dolne części Taryfy. Fot. Marcin Wagner

Kamienne dolne częście Taryfy.

A w Palmyrze wykop jest coraz czystszy. Odwiedziłem Panów K. i profesora około 10.30, a tam głucho. Robotników już nie ma. Są jedynie archeolodzy, którzy rozprawiają o tym, co jest w wykopie. Domyśliłem się, że robotnicy mieli szort. To oznacza, że musieli zdjąć określoną ilość ziemi jak najszybciej. Im szybciej pracują, tym wcześniej wracają do domów.

A tu Marcin zaznaczył strzałką na panoramie Palmyry miejsce tegorocznych polskich wykopalisk. Zdjęcie zrobił od strony Doliny Grobowej

A tu Marcin zaznaczył strzałką na panoramie Palmyry miejsce tegorocznych polskich wykopalisk. Zdjęcie zrobił od strony Doliny Grobowej

Odsłonięto już środek ulicy, który jest wybrukowany znacznie większymi i lepiej zachowanymi kamieniami. Ulica w tym miejscu jest nieznacznie obniżona względem swoich krawędzi bocznych. Nadal nie wiadomo dlaczego jest aż tak bardzo obniżona względem poziomu użytkowego w Agorze. Ale... zostało jeszcze kilka dni na odszyfrowanie tej zagadki.

Krzysiek powiedział mi, że prace najprawdopodobniej będą trwały do 20 października. Potem zostaje już niewiele czasu na dokumentacje rysunkową.

Ola z Bartoszem też się uwijali w muzeum. Udało im się dość dużo kawałków poskładać razem. Niestety wielu brakuje. Będą musieli pójść na wykop i zobaczyć, czy gdzieś jeszcze nie leżą porozrzucane. Basen wygląda i tak imponująco, teraz dopiero widać, jaki jest duży.

Jest 12.30 za półtorej godziny obiad, dziś siorba adys, czyli zupa z soczewicy, i falafele z frytkami. Palce lizać!!!

Ciekaw jestem, o której Dobrochna dojedzie do Hama.”

11:54, joannagrabowska_net
Link Dodaj komentarz »
O kafejce internetowej i mizdrzącym się Beduinie

Wszystkie blogowe notki Marcin wysyłał do mnie z kafejki MoonLight Internet GoFe. To GoFe znaczy podobno „cafe”. „Jakiś ktoś, kto robił szyld, zrobił pomyłkę” - podejrzewa Marcin.

I dalej tak pisze o kafejce i prowadzących ją ludziach:

„Tu zawsze częstują herbatą mówiąc Marian Herbata. Kafejkę prowadzi Tarikh jeden z synów ojca dyrektora (na zdjęciu przy biurku) wraz Monkez, zabawnym, przesympatycznym chłopaczkiem. Obaj mają bardzo pogodne usposobienie. Nie przerażają ich nawet tzw. trudni klienci. Ze mną zawsze toczą utarczki słowne i przepychanki, kiedy przychodzi do płacenia za korzystanie z netu. Ale zawsze kończy się na tym, że płacę 1 USD czyli 50 funtów syryjskich.

Tarikh w swojej internetowej kafejce. Fot. Marcin Wagner

Tarikh w swojej internetowej kafejce.

Tarikh jest jednym z naszych długoletnich przyjaciół w Palmyrze. Jego zaleta - nie jest namolny wobec turystów. Chcesz to korzystasz, nie – to nie. Nie namawia nikogo.

Jego kafejka to lokal, do którego trzeba zejść kilka schodków w dól w kamienicy na rogu Placu Muzealnego i palmyreńskiej Marszałkowskiej. Od zeszłego roku jakość łącza internetowego polepszyła się znacznie i w zasadzie jest prawie niezawodny.

Jest tutaj pięć komputerów stacjonarnych i jeden laptop, można przyjść z własnym sprzętem.

Jedną z przeszkód w swobodnym dostępie do internetu - zwłaszcza wieczorem – jest jednak pewien beduin. Codziennie na skajpie toczy po angielsku niedwuznaczne rozmowy z panienkami z Europy. On się mizdrzy do nich, one do niego. Często staje się to po prostu niesmaczne. Ale - kiedy go nie ma - jest miło i sympatycznie. A sprawcami tej miłej atmosfery są właśnie Tarikh i Monkez. Tarikh to trzydziestolatek z brzuszkiem, niski z trzydniowym zarostem i w okularach. Monkez – szczupły i przystojny. Ale najważdniejsze, że zawsze są uśmiechnięci. Tacy pozytywnie zakręceni Syryjczycy.

11:13, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3