Zakładki:
Organizatorzy
Sponsorzy
czwartek, 30 września 2010
Dzień pierwszy – Damaszek i Aleppo

Zaczął się właściwie w niedzielę 26 września, bo wylot mieliśmy z Warszawy do Pragi o 18.50, a stamtąd dwie godziny później do Damaszku. Rzutem na taśmę Marcin zdążył dowieźć nam kilka egzemplarzy „Palmyry” najnowszej książki – a właściwie albumu - prof. Michała Gawlikowskiego i jego współpracowników. Jeszcze pachnie farbą. Nie mam pojęcia, jak Marcinowi udało się wyrwać z drukarni w niedzielę te publikacje. Od razu w samolocie dałam je Kasi Kobyleckiej z Polskiego Radia, Odecie Moro-Figurskiej z TVP i Zuzannie z poznańskiego Biura Podróży Logos. Zabrakło dla Justyny Zając, operatorki z TVP i Błażeja Żuławskiego, freelancera przygotowującego właśnie materiał dla Voyage. Mają dostać swoje egzemplarze w Palmyrze.

Kasia Kobylecka w markecie w Aleppo. Sprzedawca ubierał nas w różne stroje. Zaczął od takich czapeczek. Pewnie był zawiedziony, bo nic nie kupiłyśmy, choć reguła wzajemności nakazywałaby cos takiego zrobić...

Kasia Kobylecka w markecie w Aleppo. Sprzedawca ubierał nas w różne stroje. Zaczął od takich czapeczek. Pewnie był zawiedziony, bo nic nie kupiłyśmy, choć reguła wzajemności nakazywałaby cos takiego zrobić...

Zabawne było przyglądanie się pasażerom samolotu i typowanie, kto jest w ekipie Silk Road Festival. Trafień miałam 50 proc. Udało mi się z Kasią, ale już nie z jakimś młodym człowiekiem, który siedział koło niej.

Zuzanna. Gubią za nią oczy wszyscy miejscowi mężczyźni

Zuzanna. Gubią za nią oczy wszyscy miejscowi mężczyźni

Album „Palmyra” przygotowany został oczywiście na 50-lecie polskich wykopalisk na tym stanowisku. Mam nadzieję pokazać jego fragmenty na blogu. Ale raczej dopiero po powrocie do Polski. Tu będę szczęśliwa, jeśli w miarę na bieżąco zdam relację z festiwalu Jedwabnego Szlaku i z Palmyry. Doświadczenia ostatnich dni pokazują, że nie będzie to proste.

Błażej. Jedyny facet w naszej grupie. Jest na wagę zlota, bo Syryjczycy kobiet nie słuchają

Błażej. Jedyny facet w naszej grupie. Jest na wagę zlota, bo Syryjczycy kobiet nie słuchają

W poniedziałek niewiele zakosztowaliśmy Damaszku. Przylecieliśmy około 1.30. Odprawa na lotnisku trwała chyba do 3 z minutami. Niby przechodziliśmy przez bramkę dla VIP-ów, ale widać syryjskie służby potrzebowały dużo czasu na przestudiowanie zawartości naszych paszportów. Najdlużej wczytywały się w paszport Zuzy. I ciągle na nią patrzyły - te służby, oczywiście meskie.

W hotelu wylądowaliśmy około 4. Po niespełna trzech godzinach snu Maja nasza przewodniczka zrobiła nam telefoniczną pobudkę, dzwoniąc po pokojach. Bo mieliśmy zbiórkę o godz. 8.

To wtedy zaczęło się to, czego doświadczamy do tej pory. Czekaliśmy na wyjazd do Aleppo, gdzie miała uroczyście rozpocząć się cała impreza, do godz. 10.30. Od tamtej pory ciągle na coś czekamy...

Justyna (tylem, niestety) i Odeta. Nasze telewizorki cały czas szukają ujęć do materiału filmowegoAleś nas powitała Syrio!

A potem była długa jazda. Żadnego zwiedzania, podziwiania. Pejzażyki oglądaliśmy tylko przez okna specjalnie dla nas podstawionego busa. Nasze bagaże pojechały z dwiema Włoszkami wielkim autokarem. Włoszki są ważne w tej opowieści. Dlaczego, okazało się po południu.

Pierwszego dnia w Syrii już na dzień dobry straciliśmy kilka punktów programu: nie zobaczyliśmy w środku Cytadeli w Aleppo, ani karawanseraju Khan Alshouna w pobliżu Cytadeli, ani zbiorów Muzeum w Aleppo. - W poprzednich latach też się to zdarzało – pocieszała nas Justyna, która na Jedwabny Szlak została zaproszona po raz drugi.

Po tym pierwszym dniu zrozumieliśmy, że musimy wziąć sprawy w nasze ręce, bo inaczej Maja będzie nas tylko przewozić z z jednego Sheratona do drugiego i informować o godzinach posiłków (w poniedziałek zapomniała o kolacji i była zaskoczona, kiedy ją o nią zapytaliśmy). Okazało się też, że Maja dość kiepsko włada angielskim. A w kolejne dni wyszło i to, że niewiele potrafi powiedzieć o również o zabytkach w Syrii.

Ale nie ma co chyba narzekać. Włoszki miały gorzej – same tylko z kierowcą nie posługującym się żadnym innym językiem poza arabskim.

A tu ja. Widać jak potężna jest cytadela w Aleppo i nie widać mnie. Cytadela jest wspaniała. Moglaby z powodzeniem grać we Miały do dyspozycji tylko siebie i rachityczne krzaczki typowe dla półpustynnego terenu za oknem. Do tego ten lejący się z nieba żar. Przez niego wszystko traciło barwy i wyglądało jak wypłowiałe. Drzewa i palmy były jak posypane popiołem. Dawno zapomniały o soczystych barwach, które w Syrii można zobaczyć tylko wiosną. Przypominał o nich jedynie czerwony kwiatek w doniczce na jednym z przydrożnych billboardów. Mknęliśmy tak do Aleppo, gapiliśmy się na to, co po drodze i słuchaliśmy wiązanki muzyki – głównie arabskiej - przygotowanej nam przez Maję. Nawet dobrze pasowała do tych wszystkich pejzażyków.

W Aleppo doszło do małego skandalu. Pozostawione pod opieką kierowcy Włoszki przez półtorej godziny nie mogły doczekać się zawiezienia ich na obiad do jednej z restauracji. Kierowca nie był w stanie wjechać autobusem w wąskie uliczki starego miasta w Aleppo, a poza tym z jakiegoś powodu o Włoszkach wszyscy zapomnieli. Dobiły do nas do restauracji, kiedy już skończyliśmy lody i kawę podane nam na deser. Były rozgrzane do czerwoności. Zwłaszcza jedna z nich pokazała gospodarzom, co o nich myśli. Gestami, krzykiem i mimiką – bo mówiła po włosku i gospodarze nic z tej jej złości nie zrozumieli. Przyjazd Włoszek na obiad oznaczał, ze teraz my na nie poczekamy. Aż zjedzą. Wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie pobliskich uliczek. Potem zabraliśmy Włoszki naszym busem do ich hotelu. Sami wysiedliśmy znów przy Sheratonie. Tam spędziliśmy noc z poniedziałku na wtorek.

Warta opisu jest kuchnia restauracji i sama restauracja na starym mieście w Aleppo. Ale to może przy okazji. Zwłaszcza, że czas pokazał, że menu wszędzie jest w zasadzie takie samo: na śniadanie, na obiad i kolację. I na dodatek we wszystkich restauracjach, w których przyszło nam się pożywiać.

Nie podoba mi się zdjęcie telewizorków - jak znajdę lepsze, a mam gdzieś takie - podmienię je. Teraz idę spać. Jest 2.30, a wstaję przed siódmą, bo jedziemy do Palmyry.

01:27, joannagrabowska_net , Silk Road Festival
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 września 2010
Zapowiada się nieźle

Prof. Michał Gawlikowski w PalmyrzeUdało mi się chwilę porozmawiać dziś z prof. Michałem Gawlikowskim, kierującym ekipą w Palmyrze. Nie jest ona duża, w tej chwili raptem cztery osoby, ale wkrótce dobije do nich Marcin Wagner, który na razie jest jeszcze w Libanie. Dokumentuje tam zabytki odkryte przez ekipę dr. Tomasza Waliszewskiego w Shim.

Prof. Gawlikowski jest pełen nadziei co do wyników prac:

- Wprawdzie zrobiliśmy tylko jeden niewielki wykop, ale za to głęboki na trzy metry. Zapowiada się nieźle. Może nawet będę mógł coś wam pokazać w piątek, kiedy tu przyjedziecie.

Profesor szuka miejsca, w którym stała Taryfa, kamienna płyta z cennikiem za wjazd do miasta i handel w nim.

- To miejsce ustaliłem na podstawie starych fotografii – dodał profesor. - Ale prace idą wolno, bo mało nas, no i nasi robotnicy nie są w stanie pracować dłużej niż sześć godzin dziennie. Mamy za sobą dwa tygodnie wykopalisk, a przed nami - jeszcze trzy.

Profesor był ciekawy, kiedy przyjedziemy do Palmyry. Nie potrafiłam odpowiedzieć. I nikt chyba nie potrafiłby. Umówiliśmy się, że zadzwonię do niego, kiedy już będziemy na miejscu. Ustalimy dokładną godzinę. Mam ogromną nadzieję na obejrzenie wykopu i miejsc już odkrytych w Palmyrze. Dziś byłam bardzo zawiedziona, bo archeolożka z Francji, która kopie w Ugarit, nie chciała nawet pozwolić się sfotografować przy pracy (właściwie to się jej nie dziwię, ciągle przerywać robotę, by dać się sfotografować, to trochę wkurzające). Ale to zupełnie inna opowieść - z dnia trzeciego wyprawy do Syrii, który w relacji dopiero nastąpi.

 

23:35, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
Halo, halooo! Tu Syria

A w niej ja – ku swojemu największemu i od kilku dni nieustającemu zdumieniu.

Marcin Wagner, archeolog, który wkrótce także dojedzie do ekipy na stanowisko w Palmyrze, sprawił mi obłędną wprost niespodziankę. - Miałabyś ochotę pojechać na pięć dni do Syrii na zaproszenie tamtejszego rządu? Poczułabyś kraj i lepiej by ci się pisało – zachęcał mnie dawno temu, bo jeszcze w sierpniu. Zachęta była zbędna, kto by jej potrzebował. Zapytałam szefów w redakcji o zgodę i ją dostałam.

Błyskiem dostarczyłam do Ambasady Syrii w Warszawie wszystkie potrzebne dokumenty i... na ponad miesiąc zapadła cisza. Właściwie to byłam pewna, że nic już z wyjazdu nie będzie, ale nagle, pięć dni przed planowanym wylotem prawie skoro świt dzwoni Marcin: - „Gratulacje,jedziesz do Syrii” - usłyszałam. A potem zaczął się galop - załatwianie wizy i nadrabianie pracy w redakcji,bo okazało się, że wracam 4 a nie 1 października, jak było planowane.

Co to za wyjazd? Syryjskie Ministerstwo Turystyki co roku zaprasza kilkuset dziennikarzy z całego świata na „Silk Road Festival”. To promocyjna akcja rządu syryjskiego, który chce się pochwalić urokami Syrii. W programie są głównie atrakcje turystyczne, a wśród nich niesamowite wprost zabytki i wizyty na stanowiskach archeologicznych. W tym roku w Palmyrze, gdzie kopią polscy archeolodzy pod kierownictwem prof. Michała Gawlikowskiego. Usiłuję się do niego dodzwonić, żeby zapytać, co tam na wykopach, ale mi się to nie udaje.

Próby kontaktu i wizyta na wykopach oznaczają jednak, że powracam z notkami na blog. Przynajmniej na razie, bo dziś i jutro rano będę miała dostęp do szybkiego internetu. Dotychczas, choć nocowaliśmy w Sheratonach w Damaszku i w Aleppo, nie mogłam wejść na blogowe strony, bo serwery działały za wolno i nie otwierały się strony potrzebne mi do obróbki bloga – wstawiania tekstów i zdjęć.

Teraz jesteśmy w Latakii. W superresorcie nad Morzem Śródziemnym. Dostęp do internetu – i to szybkiego – mamy w pokojach. Dodatkowo płatny – około 2 dolary amerykańskie za godzinę. Nie jest to mało, ale przynajmniej można pracować.

Tyle wyjaśnień. Zabieram się za przygotowywanie notek o wykopaliskach w Palmyrze i moim niespodziewanym tour po Syrii.

A jest o czym pisać. Dziś w planie starożytne (niemal jak wszystko w Syrii) miasto Ugarit i zamek Saladyna. Tyle że to dzień trzeci – najpierw opiszę dwa pierwsze. I dorzucę zdjęcia polskiej ekipy - muszę je tylko trochę choć obrobić.

18:38, joannagrabowska_net , Silk Road Festival
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 września 2010
Teraz będzie na szybko

Pisanie regularnych notek z wykopalisk to dosyć upiorne zajęcie. Po pracy człowiek ma ochotę odetchnąć, a tu trzeba internetu szukać i pisać. Wyobrażam sobie jak mnie w duchu przeklina Krzysztof Jakubiak, którego Marcin obarczył tym obowiązkiem. Co innego, jak coś się dzieje, odkrywa, a co innego, gdy mija kolejny dzień, najzwyklejszy pod słońcem (nawet jeśli jest to palmyreńskie słońce). Nie dziwię się więc zdaniu Pana Krzysztofa: „Dobra, ale tym razem wpadłem do netu, bez przygotowanego wpisu, więc będzie na szybko. Mogą być błędy i literówki”.

Panie Krzysztofie – były, ale to drobiazg ;)

A teraz relacja:

20 września. Trzeci dzień pracy w terenie

Dzień, jak co dzień, choć jest jedna zasadnicza zmiana. Muezin w sąsiednim meczecie próbował mimo wyraźnej choroby gardła zwołać wiernych do modlitwy. Straszne. Niedociągnięcia wokalne postanowił zakryć poziomem decybeli, jakie wydobywają się z głośnika. Trudno było, ale jeszcze udało nam się zasnąć na godzinę.

W pracy, nic właściwie nowego, jedynie wiatr zawiewał od wschodu słońca, co przyprawiało o ból głowy. Problem został rozwiązany szybko, bo robotnicy dostali dziś pracę na akord. Powoływali się oczywiście, że ten pomysł już był wcześniej praktykowany, a pomysłodawcą był Marcin.

Cóż po raz kolejny okazał się jednostką niezastąpioną.

A Marcin przyjedzie do nas za dni 11, tak sądzę”.

22:21, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 września 2010
Na wykop, poproszę!

Ta korespondencja od pana Krzysztofa nieco mnie zastanowiła. Napisał, że wszyscy z „niekłamaną radością” od rana czekali na taksówkę. Z jednej strony wiem, że to dlatego, że polska misja w Palmyrze nie ma tym roku własnego samochodu, z drugiej – że w teren trzeba ze sobą zabrać trochę ciężkich klamotów i trudno targać je na plecach. Itp., itd...

Nurtuje mnie jednak pytanie, czy jest lub było więcej misji dojeżdżających z łopatami na wykop taryfą? Ja nie słyszałam, choć zdarzały się inne środki transportu – może nieco mniej ekskluzywne, ale...: archeofotograf Waldemar Jerke, w korzystał Sudanie z usług osiołków, a prof. Krzysztof Ciałowicz rok temu pomykał po egipskim stanowisku Tell el Farcha tuk tukiem (prezent urodzinowy od ekipy)...

Ale dosyć tego ględzenia. Oddaję głos panu Krzysztofowi:

„19 września. Dzień drugi

Od samego początku dnia, gdy tylko wstało słońce, wszyscy członkowie misji, z wielką i niekłamaną radością, oczekiwali na taksówkę. Zawiozła nas na teren wykopalisk. Pierwsze nasze działania skoncentrowały się na rozstawieniu sprzętu pomiarowego, czyli niwelatora ze stażem pracy 35 lat. To zabytek sam w sobie. Te pomiary niwelacyjne potrzebne są do ustalenia poziomu szukanego przez nas brukowania znajdującego się na południe od muru agory.

Szkoda, że nie było Marcina. Nikt tak nie mierzy jak On.

Po ustaleniu, jak głęboko możemy spodziewać się nowych znalezisk, rozpoczęliśmy inne działania badawcze. Zainteresowaliśmy się murem agory, a właściwie dwoma wejściami prowadzącymi na nią od strony wadi (rzeki okresowej). Okazało się, że pewne zabiegi - czysto archeologiczne - będą tam potrzebne. Mamy zamiar w najbliższym czasie odczyścić oba wejścia od zewnątrz, aby ustalić, jak wyglądała aranżacja przestrzeni miejskiej w tej części Palmyry. Do prac oczyszczających zostali wybrani najlepsi robotnicy, aby ich wytrawnym oczom nie umknął żaden szczegół.

Robotnicy odeszli do pracy pytając, jak zwykle z resztą, kiedy przyjedzie Marcin. Jeden z nich nawet własnoręcznie przygotował „transparent”, który pokazał nam dziś rano zaraz po przyjściu do pracy.

No dobrze, tylko dlaczego

Dzień był dziś wyjątkowo upalny - nawet jak na tę porę roku. Wróciliśmy dość zmęczeni do domu, a tu na obiad czekała na nas wspaniała molohija, a na deser gruszki. Dziś wieczorem misja odwiedza Alego Tahę, jednego z licznych długoletnich przyjaciół polskich archeologów pracujących w Palmyrze.

A Marcin będzie już za dni 12.”

Hm... Tęsknota za Marcinem wielka jakaś... A molohija – jak mi... Marcin ;) wyjaśnił – to taka potrawa z duszonych liści, podobnych do szpinaku, z kawałkami mięsa – baraniny lub kurczaka.

21:07, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
Whein Mardżan? Czyli dzień pierwszy na wykopie

Generalnie w Syrii łatwiej jest o dostęp do internetu niż np. w Libanie, czy Egipcie. Ale, jak się okazuje, i tam zdarzają się problemy. Pierwszego dnia wykopalisk internet padł i informacje przyszły do mnie dnia drugiego. Dnia drugiego miałam dyżur w redakcji i notki z dwóch dni czekały do dziś. Tak czekały, że nadeszła trzecia...

Najmocniej przepraszam. Może mnie jednak usprawiedliwi fakt, że wczytywałam się we wspomnienia prof. Kazimierza Michałowskiego, żeby wyciągnąć z nich kilka superhistoryjek dotyczących wykopalisk w Palmyrze.

A teraz nadrabiam zaległości.

Oto korespondencja od Krzysztofa Jakubiaka:

„18. września. Pierwszy dzień prac w terenie.

Wczoraj nadal urządzaliśmy mieszkanie, w którym przyjdzie nam spędzić kilka tygodni. Przydałby się nam Marcin, bo nikt jak on nie potrafi zaaranżować nie tylko mieszkanie, ale także miejsca pracy, o strefach relaksu nie wspominając.

Nie były to jednak zajęcia szczególnie ciężkie. Mogliśmy wyjść na stanowisko, by zrobić pomiary i wyznaczyć miejsca pod przyszłe wykopaliska. Uzbrojeni w notatki, sprzęt pomiarowy udaliśmy się za południowy mur agory szukać miejsca, które już było celem naszych wcześniejszych zainteresowań badawczych. Wyznaczenie miejsca pod przyszły wykop nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Przeszliśmy się więc jeszcze po starych wykopach.

A dziś, czyli w sobotę, rozpoczęliśmy prace wykopaliskowe. Pobudka, jak zwykle, o 5.30. Potem śniadanie. Jeszcze nieśpieszne, bo byliśmy umówieni na spotkanie przed muzeum o godzinie 6.45. Po krótkich negocjacjach dotyczących liczby pracowników wybraliśmy 15 osób, które poszły z nami w rejon agory.

Ten pierwszy dzień pracy, - jak można było tego oczekiwać - nie przyniósł nic szczególnego.

Prawie wszyscy robotnicy - i inni znajomi z miasta - zadają nam natomiast ciągle jedno pytanie: - „WHEIN MARDŻAN?” czyli „Gdzie jest Marcin”. A Marcin siedzi W warszawie i przyjedzie dopiero za dni 13. Zatem Marcinie, cała Palmyra z utęsknieniem czeka.”

Poprosiłam Marcina o wyjaśnienia, co to za Mardżan i dowiedziałam się, że Marcin ma na wykopaliskach w Palmyrze ksywkę Marian. Mówią tak o nim wszyscy - i robotnicy, i ekipa. Nie pytajcie dlaczego. Ludzie tak mają. W końcu jedna z porcelanowych lalek (taka w porteczkach, kapelusiku, z siateczką na motyle w rączce i pozytywką w brzuszku) mojej starszej córki też miała na imię Marianek, i też nie wiemy, dlaczego...

A za chwilę relacji z wykopów ciąg dalszy - w kolejce czekają jeszcze notki z wczoraj i dziś. Hm, troszkę ilustracji mi brakuje, ale Mardżan nad tym pracuje ;)

20:35, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 września 2010
Czego tam szukają?

Tegoroczna kampania wykopaliskowa – jako 50., czyli jubileuszowa – miała być nadzwyczajna. Planowano, że do Palmyry pojadą dwie ekipy i równolegle będą pracować w dwóch miejscach. Pierwszą grupą naukowców miał kierować na terenie bazyliki IV dr Grzegorz Majcherek, z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW im. Kazimierza Michałowskiego, bliski współpracownik i następca prof. Michała Gawlikowskiego podczas wykopalisk w Palmyrze (na własne uszy usłyszałam to od samego Profesora), a drugą – tuż za Agorą – prof. Gawlikowski, który zapowiedział mi, że będzie to już ostatnia wyprawa do Palmyry pod jego kierownictwem.

Plany wspaniałe, ale nie powiodły się. Dr Majcherek rozchorował się i jego misja została odwołana. Bardzo żałujemy i życzymy zdrowia, Panie Doktorze.

Będzie zatem realizowana tylko misja prof. Gawlikowskiego.

Naukowcy będą poszukiwać miejsca w którym blisko 130 lat temu została odkryta tzw. Taryfa, długa kamienna płyta z dwujęzyczną inskrypcją (po grecku i aramejsku) zawierającą informacje o podatkach i cle. To – jak dotąd - najdłuższy tekst w języku aramejskim jaki zachował się do naszych czasów ze starożytności.

Prawdę mówiąc byłam trochę zaskoczona. Po co szukać miejsca starego odkrycia? - myślałam sobie i wtedy dostałam od Marcina Wagnera maila z bardzo ciekawą opowieścią.

Oto ona:

Taryfa, to blisko czterometrowej długości kamienna tablica. Stała niegdyś naprzeciw jednej z bram Agory - od strony południowej. Wykuty był na niej dekret rady miasta, uchwalony w roku 137. Ustalał myta i podatki lokalne, które wcześniej pobierane były zwyczajowo. Na przykład za każdego wielbłąda, wprowadzonego do miasta bez ładunku, należało zapłacić denara; trzy denary za wielbłąda niosącego towary, za wyładowany wóz -tyle co za cztery wielbłądy, a za osła – dwa denary. Taryfa zawierała także wykaz opłat ryczałtowych dla: * sklepikarzy i rzemieślników - denara miesięcznie od sklepu lub warsztatu, * handlarzy, w dzisiejszym rozumieniu tych, którzy handlują np. z polowego łóżka gdzieś na ulicy – ta opłata była zmienna. Był też cennik dla prostytutek. Płaciły denara lub mniej – w zależności od ich własnego cennika. Wszystkie ustalenia Taryfy dotyczyły handlu lokalnego i opłat na rzecz kasy miejskiej.

Ciekaw jestem, jak zareagowaliby na takie opłaty współcześni handlarze i właściciele wielbłądów w Palmyrze? Czy wielbłądnicy wożący turystów na grzbietach swoich zwierząt, płaciliby od liczby osób siedzących na grzbiecie takiego wielbłąda (czasem siedzą nawet trzy), czy od wagi „ładunku”? Kasa miejska miałaby pewnie niezły zysk. A jeszcze większy, gdyby takimi podatkami obłożyć Beduinów, którzy swoje przenośne sklepiki mieszczą często w jednej reklamówce.. Tylko, jak mieliby płacić? Od liczby tandetnych plastikowych naszyjników, udających kolie z kamieni półszlachetnych, a może od liczby obrusów, w które są owinięte te wątpliwej jakości precjoza?

Zdjęcie Taryfy ze zbiorów Ermitażu

Zdjęcie Taryfy ze zbiorów Ermitażu

Wróćmy jednak do Taryfy... W 1881 roku dwóch Beduinów z Tadmoru (współczesna nazwa Palmyry) pokazało wystający z ziemi kamień (zapewne za sowitą opłatą), odwiedzającemu miasto ormiańskiemu księciu Simonowi Abamelekowi-Łazariewowi. Ten znając grekę, od razu zrozumiał wagę znaleziska i zlecił odkopanie płyty. Tekst na niej wyryty odcisnął na papierze, robiąc w ten sposób wierną kopię inskrypcji. Niestety jego mozolna praca w kopiowaniu napisu została nieopatrznie zniszczona przez celników w Odessie, którzy nie wiedzieli z jak ważnym dokumentem mają do czynienia. Wkrótce powstały kolejne kopie, a badacze z Francji i Niemiec przetłumaczyli tekst. Zawarte jest np. w popularnonaukowej książce wybitnej archeolożki Anny Sadurskiej „Palmyra – Narzeczona Pustyni”. Wkrótce po publikacji tłumaczenia tekstu Taryfy książę Abamelek, zazdrosny o swoje odkrycie, doprowadził do tego, że po 20 latach rosyjscy dyplomaci skłonili tureckiego sułtana, by ofiarował kamienną inskrypcję carowi. W czterech częściach została przewieziona najpierw do Bejrutu, a stamtąd przez port morski w Odessie, do Ermitażu w Petersburgu. Niestety, nikt wówczas nie troszczył się o wykonanie dobrej dokumentacji rysunkowej i opisowej miejsca z którego wyrabowano płytę. Stąd narodził się pomysł, by je odszukać i jak najdokładniej zadokumentować pozostałości.

Tego typu procedery rabowania zabytków były pod koniec XIX i na początku XX w. normalne, żeby nie powiedzieć nagminne. Wystarczą przykłady: rzeźby z Partenonu, czy Mauzoleum z Halikarnasu, które znajdują się w zbiorach British Museum, czy ołtarz Pergamoński w Berlinie. Przykłady można by mnożyć.

Zadanie, które stoi przed nami, jest niby proste - mamy znaleźć tylko dokładne miejsce, w którym w II w. n.e. znajdowała się płyta. Jednocześnie jest skomplikowane, bo dysponujemy jedynie przesłankami, gdzie to mogło być.

Może jednak los okaże się dla nas łaskawy..."

00:33, joannagrabowska_net , Kto, co i po co?
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 września 2010
Czyżbyśmy zaliczyli falstart?

Ledwo ogłosiliśmy z Marcinem Wagnerem, że wykopaliska w Palmyrze rozpoczynają się w czwartek, a okazało się, że nie, że w sobotę. Poinformował nas o tym w nocy z czwartku na piątek Krzysztof Jakubiak, który akurat tam dotarł.

W sumie to ma sens. W piątek jest przecież arabska niedziela i nikt na stanowisku nie mógłby pracować. Trzeba szanować miejscowy obyczaj. Co innego sobota i niedziela! :) To jak najbardziej w Syrii dni odpowiednie na pracę.

W każdym razie ekipa archeologiczna w Palmyrze jest już prawie w komplecie. Tylko Marcin dojedzie do niej z opóźnieniem.

Krzysztof Jakubiak o drodze do Palmyry i o czwartkowym pobycie w mieście napisał nam tak:

„Nic wielkiego się nie działo. Podróż, jak zwykle. Leciałem z częścią misji Sakkara [to ekipa prof. Karola Myśliwca, prowadząca wykopaliska w Egipcie - dop. JG] do Pragi, a potem do Damaszku już solo. Z lotniska po trzech godzinach czekania zabrał mnie Profesor z Panią Krystyną i pojechaliśmy prosto do Palmyry wynajętym busem. Był popas w Baghdad Cafe.

Dom Wuja

Dom Wuja

W Palmyrze odbyliśmy wszelkie przepisowe spotkania z ojcem dyrektorem Khaledem Assadem, i jego następcami - synem Waleedem, dyrektorem, i zięciem dyrektorem Khalilem. Mieszkamy w tzw. „Domu Wuja”. Samochodu niestety w tym roku nie ma i nie będzie. Nie mam jeszcze telefonu syryjskiego, ale załatwię. Zaczynamy prace od soboty.

 

11:55, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
Kto jest kim w Palmyrze

Prof. Michal Gawlikowski w PalmyrzeProf. MICHAŁ GAWLIKOWSKI. Od 40 lat kieruje archeomisjami do Palmyry. Po raz pierwszy wyjechał tam w 1965 roku. Jest pracownikiem Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Archeolog i epigrafik specjalizujący się w języku aramejskim. Prowadził badania w Palmyrze, na wyspie Bidżan, oraz w irackiej Hatrze, gdzie prace przerwała I wojna w Zatoce. Badacz mitraizmu i odkrywca Mitreum w Hawarte, niedaleko starożytnej Apamei w Syrii.

Krystyna GawlikowskaKRYSTYNA GAWLIKOWSKA. Historyk sztuki, autorka książki „Sztuka Mezopotamii”, wydanej w latach 70., do dziś zalecana wszystkim zainteresowanym dawnymi dziejami Międzyrzecza. - Pani Krystyna jest dobrym duchem misji. Dzięki niej wszyscy czują się w Palmyrze, jak w domu – opowiada Marcin. Od kilkunastu lat zajmuje się opracowaniem niezwykle kruchych zabytków, wykonanych z różnokolorowego szkła, np. naczyń, lampek oliwnych czy paciorków.

Krzysztof Jakubiak (w środku) na wycieczce w Hawarte z prof. Michałem Gawlikowskim iKarolem JuchniewiczemKRZYSZTOF JAKUBIAK. Archeolog z IA UW. Współpracuje z profesorem Gawlikowskim od kilku lat - głównie w Hawarte w Syrii. W tym roku zawita do Palmyry. Współorganizator imprez Roku Palmyreńskiego z okazji 50-lecia polskich wykopalisk w Palmyrze.

Karol Juchniewicz podczas fotografowania z wysięgnika bazyliki IV w PalmyrzeKAROL JUCHNIEWICZ. Od kilku lat związany z wykopaliskami w Palmyrze. Wkrótce będzie bronić doktorat w IA UW. Pod kierunkiem prof. Gawlikowskiego napisał o fortyfikacjach palmyreńskich. Wraz z Dagmarą Wielgosz opracował tekst i użyczył głosu do polskiej wersji płyty o historii i zabytkach starożytnej Palmyry, sprzedawanej w Muzeum w Palmyrze.

Bartosz Markowski podczas prac konserwatorskichBARTOSZ MARKOWSKI będzie czuwać nad konserwacją zabytków z polskich wykopalisk znajdujących się w Muzeum w Palmyrze. To on ponownie złożył lwa palmyreńskiego przed Muzeum w Palmyrze i zamontował rzeźby w "galerii polskiej" palmyreńskiego muzeum. W wykopaliskach uczestniczy od kilku lat.

Aleksandra Trochimowicz na wycieczce w PalmyrzeALEKSANDRA TROCHIMOWICZ będzie czuwać nad konserwacją zabytków z polskich wykopalisk znajdujących się w Muzeum w Palmyrze. Do tej pory pracowała w Hawarte. Swój konserwatorski dyplom robiła z dekoracji sufitowej odkrytego w Hawarte mitreum.

Marcin Wagner (z prawej) i Karol JuchniewiczMARCIN WAGNER. Od 2001 roku w misji, pracownik IA UW, zajmuje się dokumentacją rysunkową wszystkich zabytków w Palmyrze. Współorganizator Roku Palmyreńskiego i wystawy w warszawskich Łazienkach „Palmyra – Królowa Pustyni. 50 lat polskich badań w Palmyrze”. Namówił mnie do pisania tego blogu.

Dobrochna Zielińska w Hawarte w 2009 roku.DOBROCHNA ZIELIŃSKA. Archeolog z IA UW. Od kilku lat związana z badaniami w Mitreum w Hawarte a teraz w Palmyrze. - Fantastyczna osoba, która będzie pracować nad wizualizacją zabytków syryjskich – mówi o niej Marcin.

11:23, joannagrabowska_net , Kto, co i po co?
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 września 2010
Witajcie na blogu „W Palmyrze - Oazie Wyobraźni”

Nie chcę nic obiecywać, ale... zapowiada się nam wspaniała podróż do niezwykłego miejsca.

O syryjskiej Palmyrze prof. Michał Gawlikowski, szef ekspedycji, powiedział mi niedawno:

- Jej ruiny robią większe wrażenie niż pozostałości starożytnego Rzymu utopione w dzisiejszej metropolii.

Atena odkryta w światyni Allat. Fot. Marcin WagnerTrudno uwierzyć?

Ja wierzę. Widziałam Rzym i zobaczyłam (szkoda, że tylko na fotografiach) Palmyrę. Wam też ją pokażę. Dzięki zdjęciom polskich archeologów, którzy odkrywają to miasto już od pół wieku.

Polską misję archeologiczną firmowaną przez Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej i Instytut Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego będziemy podglądać podczas jubileuszowej 50. ekspedycji. Stałą dostawę newsów i ilustracji zapewnią nam archeolodzy Marcin Wagner i Krzysztof Jakubiak z Instytutu Archeologii UW. Będą naszymi przewodnikami po tym wspaniałym mieście, którego zabytki zostały wpisane na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

O wkładzie Polskich naukowców w odkrywanie Palmyry prof. Gawlikowski tak opowiada:

- Nasza misja jest najdłużej nieprzerwanie tam pracującą spośród wszystkich zagranicznych. Nie ma na świecie wielu ekspedycji, które w jednym miejscu kopałyby tak długo. Wykopaliska zaczął w 1959 r. prof. Kazimierz Michałowski, legenda naszej archeologii. Ominęliśmy jeden sezon, dlatego jubileusz mamy dopiero w tym roku. Najistotniejszym odkryciem była świątynia bogini Allat w rzymskim obozie cesarza Dioklecjana. Trafiliśmy na nią w 1975 r. i kopaliśmy przez pięć lat. To starożytne sanktuarium, które trwało cztery i pół wieku. Znalezione w nim zabytki wypełniają teraz całą salę w muzeum w Palmyrze. Wśród nich jest posąg Ateny Partenos, kopia rzeźby Fidiasza, a także ogromny relief przedstawiający lwa opiekującego się antylopą - symbol pokazujący, że zabijanie zwierząt na ofiarę było w tej świątyni zakazane.

Lew palmyreński. Fot. Marcin WagnerRelief stanął przed muzeum. Stał się jego logo i ikoną wszystkich palmyreńskich wykopalisk. Syryjskie Ministerstwo Turystyki często wykorzystuje go na swoich folderach. Stanął też jako logo tego blogu (widać je na stronie nauki na portalu wyborcza.pl i na zdjęciu obok). Natomiast na zdjęciu czołówkowym blogu jest świątynia Allat. To w niej archeolodzy odkryli wspomniany przez prof. Gawlikowskiego posąg Ateny. Obie fotografie zrobił Marcin Wagner.

Część ekipy z profesorem Gawlikowskim już od 12 września jest już w Palmyrze. Oficjalnie jednak wykopaliska rozpoczynają się dziś.

* Kto tam jest i w jakim celu opisujemy w kategorii Kto, co i po co.

*Co tam się dzieje dzień po dniu (oboje z Marcinem mamy nadzieję, że taka relacja nam się powiedzie) znajdziecie wkrótce w kategorii „Z zapisków archeologa”.

* O lokalizacji, historii stanowiska i dotychczasowych odkryciach będziemy pisać w kategorii „Palmyra kiedyś”.

* A jeśli jeszcze uda nam się napisać coś o innych miejscach, notki znajdą się w kategorii „Dookoła Palmyry”

Zapraszamy do czytania i oglądania

Joanna Grabowska i Marcin Wagner

18:09, joannagrabowska_net , Witajcie na blogu
Link Dodaj komentarz »