Zakładki:
Organizatorzy
Sponsorzy
niedziela, 17 października 2010
Ach, ten arabski czas

Trudno mi wyobrazić sobie Palmyrę w deszczu i po deszczu. Kiedy tam byłam na przełomie września i października słońce piekło od rana i kompletnie nic nie wskazywało na to, że deszcz kiedykolwiek tam pada. Z drugiej strony, podczas wycieczki po ruinach, Marcin pokazywał nam wyżłobione przez deszcze „koleiny”, którymi deszczówka spływała z pobliskich pagórków do wadi i Doliny Grobowej. Padać musiało więc dosyć gwałtownie, ale nie było mi dane tego osobiście doświadczyć. Oto, co napisał Marcin:

Wtorek – 12 października

Znów od rana padało. Prace na wykopie zakończyły się wcześniej. Został wynajęty dźwig, aby wyjąć kamienie, które są ewidencją istnienia w tym miejscu Taryfy. Wyjęte kamienie to dolne części tablicy.

Archiwalne zdjęcie dokumentujące cięcie taryfy. Repr. Marcin Wagner

Archiwalne zdjęcie dokumentujące cięcie taryfy.

Wówczas, kiedy wydobywano kamień pod koniec XIX w. najpierw przepiłowano go w czterech miejscach pionowo, a następnie odcięto górne części z tekstem celnym, które przewieziono do Petersburga. Teraz, ponad 100 lat później, także dolne partie tablicy doczekały się swojej podróży, chociaż nie tak dalekiej i trudnej. Stanęły w ogródku muzeum w Palmyrze.

Ola Przy pracy. Składa zniszczony basenik z Bazyliki II. Fot. Marcin Wagner

Ola Przy pracy. Składa zniszczony basenik z Bazyliki II.

Konserwatorzy - Bartosz i Ola - zabrali się do sklejania kamiennego basenu z dekoracją reliefową, który został odsłonięty ponad dziesięć lat temu w baptysterium Bazyliki II. Przetrwał na swoim miejscu do zeszłego roku. Na ok. miesiąc przed naszym ubiegłorocznym przybyciem został uszkodzony. Nie wiadomo, czy było to spowodowane udaremnionym rabunkiem, czy też niezbyt fajnym żartem. Z wielu drobnych i większych fragmentów nasi konserwatorzy będą próbowali go złożyć. Ciekawe czy wszystkie fragmenty się zachowały. (Fragment tego basenu czyściła Dobrochna z inspektorką Ranią).

Dół baseniku przeniesiony do muzeum. Fot. Marcin Wagner

Dół baseniku przeniesiony do muzeum.

Po południu po kilku kawach i herbatkach udało się im przetransportować do podziemi muzealnych dolną niezniszczoną część basenu, do której od jutra będą doklejali kolejne fragmenty.

Jeszcze jeden fragment baseniku. Fot. Marcin Wagner

Jeszcze jeden fragment baseniku.

Ja i Dobrochna robiliśmy ostatnie zdjęcia i rysunki, m.in. kamiennego dekorowanego naczynka z uchwytem, znalezionego w tzw. sklepiku arabskim w Obozie Dioklecjana. Narysowaliśmy także naczynka szklane wyeksplorowane w tym budynku.

Od kilku dni próbujemy wydrukować podpisy do rzeźb pochodzących z polskich wykopalisk a teraz eksponowanych w tej samej galerii, w której stoi posąg bogini Allat. Na razie bezskutecznie. Może będą na jutro wieczór, ale to słyszymy już od dwóch dni.

Ach, ten arabski czas!!!”

Zdjęcia: Marcin Wagner

10:47, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
Koty wyszły, padać nie powinno

Pora ponadrabiać zaległości. Uczynię to bez zbędnych wstępów, ale przeprosiny wszystkim Czytelnikom blogu się należą. Marcin pilnie pisał, a ja obłożona dyżurami i dodatkowymi zadaniami w redakcji oraz przy kotach (nie, nie tych tytułowych, tylko łódzkich bezdomniakach, którym trzeba było pomóc), nie miałam kiedy zabrać się za zamieszczanie informacji i zdjęć na blogu. Gorąco przepraszam więc wszystkich i zabieram się do pracy. Tylko że jutro... znów mam dyżur.

Poniedziałek, 11 października

Na wykopie po deszczu. Fot. Marcin Wagner„Dziś od bardzo wczesnego ranka padało. Zaczęło - już koło 3 w nocy. Panowie K. wraz z Profesorem zerwali się po śniadaniu i poszli do muzeum skąd mieli odjechać na wykop. Deszcz pokrzyżował im plany. Zostali w muzeum, aby go przeczekać, na co nalegała inspektorka, która obawiała się czekania w namiocie Beduinów. Uważa że tam mieszka szczur (chodzi o tego skoczka pustynnego). Po godz 9 wszyscy ruszyli na wykop. Jak oznajmił nam pan Manar którego spotkałem wraz z Dobrochną przed muzeum, koty wyszły więc padać nie powinno. Po deszczu na moment znów się ochłodziło, lecz po jakichś dwóch godzinach wyszło słońce i było nawet ciepło. Wreszcie dojechali długo oczekiwani konserwatorzy Bartosz i Ola, którzy od razu wybrali się z wizytą do Muzeum. Po wypiciu herbatki ruszyliśmy wraz z nimi i z Panią Krystyną na objazd po wszystkich grobach odsłoniętych przez pana Dyrektora Khalila. Pokazał nam cztery grobowce. Wstąpiliśmy także na wykop. Gdzie prace w spowolnionym tempie się toczyły. Kilku robotników wyrzucało ziemię z wykopów (na zdjęciu) dwóch zaś zastaliśmy leżących pośród dużych kamiennych bloków. Okazało się, że są to kilofowi, którzy przystępują do pracy jako pierwsi i zmiękczają kilofami ziemię tak, aby kolejni mogli ją łatwo nabrać na łopaty i wrzucić do taczki lub koof czyli nosidełek wykonanych z opony.

Kilofowi w pracy. Zadziwia mnie ich bardzo wąska specjalizacja... Fot. Marcin Wagner

Kilofowi przy pracy. Zadziwia mnie ich bardzo wąska specjalizacja...

Profesor oprowadził wszystkich nas po wykopie opowiadając co znalazł. Wykop zaczyna się prezentować coraz lepiej i wyraźniej. Profesor chce go poszerzyć, aby uzyskać informację na temat samego miejsca ustawienia kamieni Taryfy, teraz miejsce to jest przy samym profilu.

Odwiedziny na wykopie. Fot. Marcin Wagner

Odwiedziny na wykopie.

Khalil też się chwalił swoimi osiągnięciami. Koniecznie wraz ze swoim inspektorem chciał, aby mu zrobić zdjęcie z Olą i Dobrochną przy wejściu do właśnie restaurowanego i odsłanianego grobowca.

Obowiązkowe zdjęcie z Khalilem. Fot. Marcin Wagner

Obowiązkowe zdjęcie z Khalilem.

Khalil znalał przy grobie bazę kolumny. Fot. Marcin WagnerTeraz wszyscy siedzą na fajce wodnej i piwku w restauracji w hotelu Cytadel niedaleko muzeum i kafejki internetowej u Tarika. Szyld nad kafejka głosi Internet GoFe. Tylko co to GoFe znaczy?”

 


Khalil znalał przy grobie bazę kolumny.


Zdjęcia: Marcin Wagner


09:41, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 października 2010
W Dolinie Grobowej

Równo dziesięć dni temu zobaczyłam ją po raz pierwszy na własne oczy. Nie znając jeszcze jej nazwy, ale widząc masę grobów, tak właśnie ją nazwałam. Trafiłam w dziesiątkę. Tak o tym miejscu mówią także archeolodzy. Grobowce wieżowe wywołują niesamowite wrażenie. Górują dumnie nad kamienistym korytem wadi. Niektóre sa świetnie zachowane. W promieniach wschodzącego słońca wyglądają po prostu pięknie. W takich grobowcach - wielopiętrowych - grzebanych było nawet kilka setek ludzi. Nisze na zwłoki były w podziemiach i na piętrach. O tych grobowcach i innych jeszcze napiszę w relacji z Festiwalu Jedwabnego Szlaku. Mam nadzieję, że już wkrótce, bo po powrocie z Syrii ciągle brakuje mi czasu na nadrobienie zaległości.

A teraz opowieść Marcina:   

„Niedziela - 10 października. Rozpoczęliśmy z animuszem prace. Chłopaki na wykopie, my w muzeum gdzie czekało nas zaaranżowanie ekspozycji szkła w gablocie, z której wcześniej je wyjęliśmy do sfotografowania i narysowania.

 Grób kopany i rekonstruowany przez dyrektora Khalila (stoi na drabinie). Fot. Marcin WagnerJak zwykle rozpoczęliśmy od czekania na Khalila. Spóźnił się jedynie kwadrans akademicki. Potem była herbata. Zaproponował, abyśmy pojechali z nim do miejsca, w którym prowadzi swoje badania w dolinie grobów niedaleko Grobowca wieżowego Elahbela. Tam zmierzają wszystkie wycieczki odwiedzające Palmyrę. Przyjęliśmy zaproszenie i samochodem marki Skoda wyruszyliśmy.

Po drodze odwiedziliśmy chłopaków na wykopie. Tam praca wre na dwóch frontach. Panowie K. rysowali przekroje pionowe wykopu, zaznaczając na kartkach papieru milimetrowego najdrobniejsze warstwy, kamienne obiekty, widoczne na profilu ziemnym. Profesor zaś zastanawiał się nad ich interpretacją (zdjęcie ilustrujące te prace zamieściłam w notce z 9 października). Drugi wykop został poszerzony w kierunku Agory, w ten sposób, aby oba wykopy się połączyły. Tam robotnicy nie ociągając się za bardzo, pod wodzą nowego raisa Imada dzielnie odsłaniali kolejne warstwy piasku. Praca wszystkim się w rękach paliła. Zabraliśmy z wykopu inspektorkę Ranię i pojechaliśmy w czwórkę, panowie - ja i Khalil z przodu, panie - Dobrunia i Rania na pace Skody, (jak to w tych krajach bywa), do Doliny Grobowej.

Fajną rzecz robi Khalil. Odkopuje jeden z grobów nawet dobrze zachowany i jednocześnie za pomocą dźwigu rekonstruuje mury grobowca. Będzie kiedyś jeszcze jedna atrakcja w Palmyrze do zwiedzania.

Grób kopany i rekonstruowany przez dyrektora Khalila. Fot. Marcin Wagner

Grób kopany i rekonstruowany przez dyrektora Khalila.

Podeszliśmy do grobowca Elahbela, gdzie swój kramik z biżuterią i dywanikami mają moi beduińscy przyjaciele Abu i Umm Einad. Byli strażnikami podczas naszych wykopalisk przy mozaice w Wielkiej Kolumnadzie. Kolejka turystów do grobowca była przerażająca.Kolejka turystów do grobu wieżowego. Ten sam grobowiec bez kolejki można zobaczyć skoro świt. Jest znacznie piękniejszy w promieniach wstającego słońca. Fot. Marcin Wagner

Byliśmy także na wykopie u pana Manara, który pokazał nam i objaśnił że najprawdopodobniej ma fragmenty amfiteatru.

Po wizycie w Dolinie Grobów, gdzie zjedliśmy okrągłe placuszki z zatwarem (mieszanką m.in. tymianku i sezamu) oraz łódeczki z ciasta z serem i czarnuszką zw. gibna manushi, wróciliśmy do muzeum. A tam naszym oczom znowu ukazał się nieznośny rudzielec. Przemknął obok nas swoim dosyć wypasionym samochodem krzycząc, że dziś nie będzie taksówkarzem, bo ma inną pracę i nie ma dla nas czasu. O co mu chodziło, nie wiemy.

W muzeum wraz z panem Khalilem ustawiliśmy w gablocie szklane naczynia. Była ich ponad setka. Potem - dowcipkując - poprosiliśmy o kolejne zabytki do zadokumentowania, tzn. szklane bransoletki, których siedem jest wystawionych na galerii. Od razu skoro udało się je wyjąć z gabloty zrobiliśmy zdjęcia i rysunki.

A po południu musieliśmy z Dobrochną przenieść się do mieszkania na I piętrze, które opuścił pewien Turek. Do naszych piwnicznych izb chciał się wprowadzić syn „Wuja” z rodziną. Nie narzekamy. Nasze nowe mieszkanie jest bardziej widne i jest bliżej na śniadanie, obiad i kolację. W poniedziałek dołączą do nas Bartosz i Ola.”

 

Kolejka turystów do grobu wieżowego. Ten sam grobowiec bez kolejki można zobaczyć skoro świt. Jest znacznie piękniejszy w promieniach wstającego słońca.

Zdjęcia: Marcin Wagner

14:11, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
O szkle, stonce i skoczku pustynnym

Dziś bez zbędnych wstępów wstawiam wieści od Marcina - zabawne.

„Sobota - 9 października. Zaczynam powoli odliczać czas do końca mojego pobytu w misji. Wydawało się, że dwa tygodnie to długo, jednak czas biegnie nieubłaganie i w najbliższy piątek będę już wylatywał do Polski, znów przez Budapeszt.

Naczynie szklane z Muzeum Archeologicznego w Palmyrze. Fot. Marcin WagnerPo burzy zrobiło się już dużo chłodniej. Syryjczycy zaczęli nosić kurtki i swetry. Próbujemy jeszcze chodzić w sandałach, ale zaczynają nam marznąć stopy. Ciekawe czy powrócą w tym roku jeszcze jakieś cieplejsze dni?

W poniedziałek przyjeżdżają kolejne osoby z misji - konserwatorzy Ola i Bartosz.

Dziś zakończyliśmy projekt dokumentacji naczyń szklanych wystawionych na galerii. Czekała nas najtrudniejsza operacja zrobienie dobrych zdjęć największym obiektom. Są niestety najsłabiej zachowane i mocno skorodowane. Była obawa, że mogą ulec zniszczeniu. Już od 8 rano z Dobrochną zastanawialiśmy się, jak wyjmiemy te naczynia z gabloty, jak się do jej wnętrza dostaniemy. Do tej pory wyjmowaliśmy naczynia jedynie z łatwo dostępnych półek. Te znajdujące się najgłębiej w wielkiej witrynie były najprawdopodobniej wstawiane przez drzwiczki. Tymi jednak teraz gablota jest dostawiona do ściany. Nie bardzo chcieliśmy odsuwać gablotę, podobnie jak Pani Krystyna. Okazało się jednak, podczas jednej chwili nieuwagi, że zrobili to pracownicy muzeum, którzy takich obaw nie mieli. Tym sposobem mogliśmy wydostać ostatnie naczynia. Te największe sfotografowaliśmy tuż przy gablocie, spiesząc się przed nadejściem „stonki”, czyli tłumu turystów, którzy często nie patrzą pod nogi tylko idą niszcząc zabytki stojące na ich drodze. Tak się wielokrotnie zdarzyło, kiedy turyści mimo zakazu wchodzili do wykopów. Uff!!! UDAŁO SIĘ!!! Zdążyliśmy. Ostatnie zabytki robiliśmy widząc pierwszych turystów na końcu sali muzealnej, w której stoi gablota ze szkłem. Mniejszych kilkanaście sztuk już zabraliśmy w kartonach w dwóch rzutach na pierwsze piętro muzeum, do naszej prowizorycznej pracowni fotograficznej.

Ostatnie zdjęcia, ostatnie rysunki, ostatnie opisy i już mamy komplet potrzebny do opublikowania zabytków w katalogu szkła.

Jutro czeka nas załadowanie zabytków do gabloty i przysunięcie całości do ściany. Mamy zacząć o godz. 8.

Robotnicy pracujący przy wykopie wzdłuż muru agory. Fot. Marcin Wagner

Robotnicy pracujący przy wykopie wzdłuż muru agory.

Krzysztof (od lewej), Karol i prof. Gawlikowski w wykopie. Fot. Marcin Wagner Tymczasem na wykopie chłopaki wraz z robotnikami odsłonili już duży kawałek ulicy biegnącej wzdłuż murów zewnętrznych agory. Wybrukowana jest dużymi blokami kamiennymi. W wykopie umieszczonym prostopadle do muru Agory znaleziony został wysoki kamienny stopień ułożony równolegle do muru Agory. Na południe od niego zaczyna się wspomniany bruk, który zdaje się, lekko obniża się ku środkowi ulicy. Na niej stały niegdyś kamienne tablice ze spisem celnym.

Po powrocie do domu Panowie K. opowiedzieli zabawną historię, która wydarzyła się w namiocie podczas przerwy. Zabłąkał się tam mały skoczek pustynny. Najprawdopodobniej próbując uciec narobił hałasu, czym zwrócił uwagę wszystkich, a najbardziej inspektorki Rani. Ta przerażona uciekła w drugi koniec namiotu, prawie potykając się o nogi Karola i krzycząc, że w namiocie jest szczur. Dobrze, że temu małemu gryzoniowi udało się jakoś uciec. Ciekawe, kto był bardziej wystraszony: Rania czy ten mały zwierzak?

Podczas wieczornych zakupów spotkaliśmy pana Manara, bardzo miłego, który pochwalił się, że znalazł pierwsze ślady istnienia w miejscu kopania amfiteatru. Są to dwa równolegle biegnące murki, które tworzyły niegdyś zewnętrzne mury trybuny okalającej owalną arenę. Czekamy na dalsze rewelacje. Powinniśmy usłyszeć o nich w grudniu na konferencji w Warszawie, na którą się zgłosił i będzie miał odczyt o swoich badaniach.”

13:05, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
O gościnności i burzy piaskowej

Jeszcze tydzień temu byłam w Syrii. W arabską niedzielę, czyli w piątek, skoro świt ugościła nas herbatką Umm Faez. Wspominałam o tym ze dwie notki temu, ale jakoś nie było czasu na rozpisywanie się. W każdym razie, choć ledwo minęła godz. 6, Umm Faez bez śladu snu na twarzy wyczarowała skądś imbryk z naparem herbaty, szklaneczki i cukier. Osobiście posłodziła napar. Mogła sama podać nam szklaneczki z herbatą, ale nie zrobiła tego. Kiwnęła ręką na swego syna i poleciła mu wziąć tacę.

Umm Faez ma ciekawe tatuaże na twarzy. Może to dziwne, ale nie szpecą jej. Marcin powiedział mi, że oznaczają przynależność do konkretnego plemienia.

Beduińska chata i jej obejście są bardzo skromne, ale czyste. Nie dostrzegłam w pobliżu stosów śmieci, jakie zdecydowanie za często widziałam w pobliżu syryjskich domów – dosłownie tuż za ogrodzeniem. To, co dodaje temu domowi uroku to panorama starożytnej Palmyry. To, na co zerwałyśmy się skoro świt z Kasią z radia i Justyną z tv, i na co namówiłyśmy Marcina – czyli ruiny w świetle wschodzącego słońca – mieszkańcy chaty mają na co dzień. Zdaje się, że w tej chwili są jedynymi mieszkańcami starożytnego miasta.

Kilka zdjęć z gościny, które zrobiłam w beduińskim domu zamieszczę w poniedziałek. Muszę je obrobić. A teraz czas na info od Marcina – ze zdjęciami.

Na obiedzie u Ahmeda. Fot. Marcin Wagner„W piątek właściwie Dobrochna jako współczesna Zenobia karmiąca oryksanic nie mogło się wydarzyć. Miał być odpoczynek. Zabraliśmy się więc do pracy przy zdjęciach. O 13 byliśmy umówieni z dyrektorem Halilem, aby wydał nam partię naczyń do sfotografowania. Nieco później dołączyła do nas reszta grupy, bo o 14 byliśmy umówieni na obiad u naszego przyjaciela Ahmeda Tahy. Obiad był wyborny mansaf z ryżem gotowanym z kardamonem i kurczakiem, bakłażany w sosie pomidorowym nadziewane ziołami, wołowiną i ryżem oraz jogurt naturalny i zapiekanka warzywna. Wszystko pyszne.

Kilkuletnia wnuczka Ahmeda odmawiała jedzenia obiadu. Mówiła, że wstydzi się obcych mężczyzn. Bardzo to wszystkich ubawiło. Po obiedzie przenieśliśmy się do salonu na herbatę i owoce.

Dobrunia, jak zwykle wystrzałowo ubrana, została obwołana współczesną Zenobią. Miała na głowie czepiec z czarnej chusty oraz woal purpurowy, który zarzuciła na głowę. Panowie z palmyreńskiej Marszałkowskiej i turyści po prostu oniemieli. Na zdjęciu Dobrochna karmi Oryksa.

Po południu niespodziewanie zerwała się burza piaskowa. Zasypała miasto. Sprzedawcy w pośpiechu zwijali kramy. My galopem zabieraliśmy suszące się na dachu pranie.

Burza przyniosła ze sobą nieznaczne ochłodzenie.”

Burza piaskowa nadciaga nad Palmyrę. Fot. Krzysztof

Kiedy nadciągała burza, Krzysztof zrobił zdjęcie. Chwilę później - Marcin.Palmyra wyglądała już tak, jak niżej

Burza piaskowa nad Palmyrą. Fot. Marcin Wagner

Zdjecia: Marcin Wagner, Krzysztof Jakubiak

00:29, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 października 2010
O kniaziu, raisie i natrętnym rudzielcu, ale nie tylko

Korespondencja z Palmyry bogatsza dziś niż zwykle. Nowe wieści mamy od prof. Gawlikowskiego, od Krzysztofa i Karola i oczywiście od niezastąpionego Marcina.

Zamieszczę je w takiej kolejności, w jakiej nadesłał je Marcin. Bo wyjaśniają ze szczegółami, co i dlaczego w tej chwili robią nasi archeolodzy w Palmyrze. Czyli, po co im ten jeszcze jeden wykop?

Na początek list od Panów K., czyli od Krzyśka i Karola:

Karol, prof. Gawlikowski i Krzysztof przy nowym wykopie - tuż przy murze agory. Fot. Marcin Wagner

Karol, prof. Gawlikowski i Krzysztof przy nowym wykopie - tuż przy murze agory.

Celem badań w wykopie przy murze Agory jest uchwycenie wzajemnych relacji pomiędzy rynkiem miejskim, a miejscem, gdzie znajdowała się taryfa celna, której pozostałości już zostały odnalezione w wykopie sąsiednim. Z naukowego punktu widzenia wykop pod murem agory jest bardzo interesujący, niestety z punktu widzenia medialnego, nie ma tutaj niczego specjalnie spektakularnego. Jedyne, co można wspomnieć o wynikach dotychczasowych prac w tym sektorze, to odsłonięcie fundamentów agory, oraz ślady destrukcji jakiejś budowli, która została zniszczona w czasie budowli rynku miejskiego. Poza tym dokonaliśmy bardzo ciekawych obserwacji stratygraficznych, które wyjaśniają chronologię zniszczeń oraz kolejność wkopów, jakie były poczynione podczas przebudowy ściany agory, która została zamieniona na mur miejski epoki dioklecjańskiej. W ostatnich dniach, okazało się, że udało się nam uchwycić krawędź wadi. Celem prac na najbliższe dni będzie próba uchwycenia relacji pomiędzy odsłoniętą już posadzką kamiennej ulicy, a samą agorą. Ważne jest, jak było zaaranżowane przejście z odsłoniętej ulicy, a rynkiem miejskim. Różnica poziomów, jaką obecnie obserwujemy wynosi około 1,8 metra, a więc musi to oznaczać, iż istniał jakiś sposób na pokonanie tej różnicy wysokości. Nie można wykluczyć, iż z agory schodziło się do poziomu ulicy po kamiennych schodach, które niestety mogły zostać bezpowrotnie zniszczone w trakcie budowy murów obronnych, które opasały późno antyczne miasto.”

To tyle od Panów K. Teraz informacje od Profesora. Zadbał o rys historyczny, który na pewno w tym miejscu wszystkim się przyda:

Gdy w roku 1881 ormiańsko-rosyjski kniaź Simon Abamelek-Łazariew odwiedził Palmyrę, pokazano mu wystający z ziemi kamień z napisem. Po odkopaniu ukazała się stela długości 5,50 m i 2,50 m wysoka, na której zapisano w językach greckim i aramejskim taryfę opłat celnych pobieranych od kupców i podróżnych przez władze miasta. Jest to najdłuższa znana inskrypcja aramejska, znana jako Taryfa z Palmyry.

Dwadzieścia lat później dyplomaci rosyjscy uzyskali od tureckiego sułtana zgodę na wywiezienie steli jako daru dla cara. W roku 1901 tłumacz konsulatu w Jerozolimie Jakub Churi został wysłany do Palmyry w celu wydobycia napisu. Do transportu stelę przepiłowano pionowo na cztery części. Dzisiaj znajduje się w Muzeum Ermitażu w Sankt Petersburgu.

Pierwotne miejsce zabytku było znane tylko w przybliżeniu, a jest ono ważne dla zrozumienia topografii starożytnego miasta. Na podstawie starych zdjęć przechowywanych w Ermitażu udało się ustalić, że Taryfa stała naprzeciw jednego z wejść na Agorę, czyli rynek miejski Palmyry. W czasie trwającej obecnie ekspedycji polskim archeologom udało się odnaleźć to miejsce. Jak się okazało, znajduje się ono na dnie wadi, czyli suchego koryta, którym w czasie deszczu płynie potok. W starożytności była to brukowana droga biegnąca trzy m poniżej otaczających budynków. Obecnie staramy się wyjaśnić w jaki sposób dawni Palmyreńczycy rozwiązali ten problem komunikacyjny.”

No i pora na wieści od Marcina, z dalszym ciagiem opowieści o natrętnym rudzielcu:

Beduiński kramik w agorze. Fot. Marcin Wagner

Beduiński kramik w agorze.

Marcin i Dobrochna w W jednym z narożników agory siedzi pewien Beduin ubrany w tradycyjną galabiję i płaszcz podszyty skórami owiec lub kóz. Codziennie rano rozkłada swój kramik z precjozami i wełnianymi poduchami na ziemi. W tym samym miejscu. Skulony siedzi pod murem agory, który osłania go przed zimnymi podmuchami wiatru. Beduin ten jednak nie zapomina o okularach przeciwsłonecznych. Kiedy się koło niego przechodzi zaprasza na kawę lub herbatę za free.

W Palmyrze kopie także Mannar Hamad. Pokazał nam dziś stare zdjęcia lotnicze, na których widać zarysy amfiteatru, którego poszukuje. Założył on na skraju jednego z ogrodów ze swimingboolem wykop na planie prostokąta, który miałby przeciąć mury amfiteatru. Mam wielką nadzieję, że mu się uda. Bardzo ciekawe to co robi, a przy tym świetnie opowiada o swoich pracach.

W muzeum prace trwają w najlepsze. Oboje z Dobrunią robimy zdjęcia - to ze sztucznym światłem, to rozbielanych kalką techniczną. Jako stół fotograficzny służy nam duża płyta drewniana położona na podłokietnikach starych foteli. Na niej położyliśmy szybę, aby uniknąć cieni - na czterech puszkach z napojem Soda Ugarit. Trzeba zaznaczyć, że nasz misyjny statyw, kupiony kiedyś w Damaszku, jest srebrno-seledynowy w takich kolorach także są puszki Sody, wszystko zatem tworzy niezły komplecik. Wczoraj zrobiliśmy około 100 zdjęć naczyń szklanych dziś ok. 150. Tempo zabójcze, ale czas biegnie nieubłaganie.

Syryjskie uczennice przed palmyreńskim lwem. Fot. Marcin Wagner Wejście do pomieszczenia, w którym fotografujemy zastawiliśmy drewnianymi kozłami, przez które uczestnicy wycieczek co chwila zaglądają i komentują w różnych językach naszą pracę.

W przerwach w pracy wychodzimy na zewnątrz aby rozprostować kości i zażyć trochę słońca. Obserwujemy wówczas turystów, którzy w większości fotografują się przed lwem, którego konserwował i zestawiał Bartosz Markowski. (Dołączy wraz z Olą do nas już 10 października).

Powróćmy także do naszego rudego kolegi taksówkarza. Oczywiście rozmawiał z nami, kiedy wychodziliśmy wczoraj z muzeum. Złapał mnie pod rękę i próbował wymusić na mnie obietnicę, że jutro wynajmiemy taksówkę i pojedziemy zwiedzać Palmyrę.

Po kolacji wczoraj chłopaki poszli w odwiedziny do naszego przyjaciela byłego raisa Abu Hilala. Było miło choć jego choroba jest dla nas przykrą sprawą. Pracował z nami przecież od zawsze. Mamy nadzieje, że jeszcze z nami będzie pracował w przyszłości, jest jak rodzina przecież.

Dziś rano zaskoczył nas przed muzeum widok autobusu wymalowanego przez jakieś dzieci. Fajny pomysł, który cieszy od rano oczy."

Dobrochna przed pomalowanym przez uczniów autobusem. Fot. Marcin Wagner

Dobrochna przed pomalowanym przez uczniów autobusem.

Abu Hilal w 2009 roku. Fot. Marcin Wagner

Abu Hilal w 2009 roku.

Zdjęcia: Marcin Wagner

19:16, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
Na wykopie bez zmian

Dziś kolejna porcja nowin z Palmyry. Mam wrażenie, że nasza ekipa trochę się niecierpliwi tym, że niewiele informacji przynosi jej nowy wykop. Doskonale to rozumiem. Kiedy prowadzę bieżące wydanie „Gazety”, od rana do wieczora muszę zrobić całą. Efekt jest szybko. A tu kopią i kopią i nawet trudno ten efekt do końca przewidzieć. Chyba dobrze się stało, że nie jestem archeologiem. Cierpliwości nie mogłabym zaliczyć do swoich cnót.

A oto, co napisał Marcin:

Dalej kopiemy przy murze Agory i kiedy wydaje się, że jedno zawalisko się kończy, nagle zaczynają pojawiać się nowe kamienie. Znaleźliśmy jeszcze jedną całą monetę i kilka fragmentów kolejnych. Zostały zatem zatopione w kwasku cytrynowym, aby ułatwić ich odczyszczenie z zielonego nalotu. Jakąś godzinę po zanurzeniu w roztworze zmienił on kolor. Nie jak zwykle na zielony, ale na turkusowy, a nalot na monetach przybrał częściowo kolor pięknego błękitu. Jak zauważyła Dobrunia: błękitu manganowego.

Dobrochna nadal czyści relief z cementowej zaprawy. Profesor zadowolony, bo wreszcie może coraz lepiej odczytać inskrypcję, która częściowo była przykryta zaprawą.

Dobrochna i Rania podczas oczyszczania reliefu. Fot. Marcin Wagner

Dobrochna i Rania podczas oczyszczania reliefu.

Do pomocy zgłosiła się nasza inspektorka Rania, która miała dołączyć do Dobruni o godz. 8 rano. Dzień wcześniej umówiła się, że wszystkie potrzebne narzędzia będzie miała ze sobą. Z niewyjaśnionych przyczyn dotarła dwie godziny później, choć nasi koledzy pozwolili jej pójść z wykopu już o 8, zaraz po rozpoczęciu prac archeologicznych i sprawdzeniu listy obecności.

Dobrochna pracowała wreszcie w rękawiczkach, aby nie kaleczyć sobie rąk o ostre krawędzie reliefu. Rękawiczki są w kolorze lawendowym. Dostała je od zawsze troskliwej Pani Profesorowej.

Jak długo mozna pracować przy dyrektorskim biurku? Niedługo najwyraźniej. Oto nwe miejsce pracy Marcina. Fot. Marcin Wagner

Jak długo można pracować przy dyrektorskim biurku? Niedługo najwyraźniej. Oto nowe miejsce pracy Marcina.

Na tym stoliku Marcin rysuje szkła. Fot. Marcin WagnerKiedy Dobrochna rozpoczynała pracę, ja w spokoju mogłem narysować w domu kilka fragmentów zabytków szklanych. Około 10 zjawiłem się w muzeum, gdzie dalej zmagałem się ze szkiełkami z gabloty muzealnej. Tym razem miałem już nowe miejsce pracy. Na I piętrze muzeum - w jednej z nieoddanych jeszcze do zwiedzania sal.

Tam też zaplanowaliśmy przygotować miejsce do robienia zdjęć dokumentujących całych naczyń szklanych, których jest ponad setka.

Kiedy wracaliśmy z muzeum do domu zaczepił nas pewien rudzielec, proponując taksówkę. Nie pierwszy raz. Jak zwykle odpowiedzieliśmy że nie potrzebujemy, ale może jutro, jak Bóg pozwoli!

Wieczorem, gdy szliśmy ulicą nagle zaczepił nas ktoś w białym samochodzie. Okazało się, że to ten sam rudzielec. Upewniał się, czy aby na pewno jutro skorzystamy z jego usług. Znów powtórzyliśmy sentencję: „jak Bóg pozwoli!!!”

Ciekawe czy będzie nas zaczepiać w kolejne dni?

Po południu czekaliśmy na naszego gościa. Zapowiedział się rano, że będzie o 18. Spóźnił się jedynie 50 minut. To wystarczyło, że myśleliśmy już, że nie przyjdzie...

Tym gościem był Ahmed Taha. Studiował w Polsce archeologię. Po powrocie do Palmyry został dyrektorem Muzeum Etnograficznego. Kiedy jednak przeszedl na emeryturę, przestało istnieć. Zbiory przeniesiono do Muzeum Archeologicznego.

Ahmed mówi pięknie po polsku, więc rozmowa była bardzo przyjemna. Opowiedział nam o swoich synach i zaprosił w piątek na obiad. Jak pamiętam, jego żona jest wyśmienitą kucharką. Karol parzył po arabsku kolejne słodkie herbaty, którymi nas poił, Pani Krystyna poczęstowała wszystkich ciasteczkami z nadzieniem daktylowym, z orzeszkami pinii, pistacjami i sezamem.

Po wyjściu Ahmeda wszyscy jednak zgłodnieliśmy. Dobrochna zajęła się więc przygotowaniem sera typu syryjska mozzarella. Z pomidorami i oliwą. Karol i Krzysiek próbowali otworzyć czerwone wino, które przywiozłem z Libanu. Ponieważ w Syrii wina raczej się nie pija, nie ma w tym kraju korkociągów. Chłopaki musieli sobie poradzić w inny sposób. Wyszli do drugiego pomieszczenia, z którego dochodziły nas niezrozumiałe fragmenty ich rozmów i śmiech. Wino otworzyli. Tyle, że korek wcisnęli do środka. Podczas tej operacji nieznacznie ucierpiała jednak szyjka butelki. Dobrze, że nie straciliśmy tego na wagę złota wina z Chateau Ksara.”

00:24, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 października 2010
Nowy wykop i beduiński szai

Dobrochna na wieży. W tle panorama Palmyry. Fot. Marcin WagnerTo żadna literówka w tytule. Szai to po arabsku herbata. Rosyjski czaj wywodzi się od tego właśnie słowa. Szai w Syrii właściwie trudno nazwać herbatą, to ulepek w maleńkiej filiżance, do której uprzednio wrzucane są dwie, trzy a nawet cztery pokaźne łyżeczki cukru. Ponieważ nie słodzę herbaty, wydawało mi się męką wypicie tego syropu. Ale... nie było. Kiedy Marcin zaprowadził nas skoro świt w piątek do Umm Faez, ta po pierwsze zapytała, kto chce gorzką, a kto słodką herbatę. Poprosiłam o słodką, bo byłam bez śniadania i pomyślałam, że cukier trochę mnie wzmocni. Herbata wyjątkowo smakowała mi.

Nie wiem, czy to zasługa supernaparu, czy palmyreńskich ruin, czy gorącego słońca o którymw Polsce nie ma co marzyć o tej porze roku.

Umm Faez, o której Marcin wspomina w dzisiejszej notce, to niesamowita kobieta. Jej fotoportret w wykonaniu Marcina zamieściłam przedwczoraj – bardzo dużo w jej twarzy godności i spokoju. Z takim spokojem i godnością gościła nas także w swoim domu. Wkrótce to wszystko opiszę, albo lepiej pokażę na zdjęciach. Jedno jest pewne - Umm Faez bardzo mi się spodobała.

A teraz opowieść Marcina:

We wtorek po śniadaniu ok. 6.40 udaliśmy się pod muzeum, skąd większość z nas odjeżdża tzw. kulabem, czyli ciężarówką, na wykop. Zrezygnowaliśmy z wciąż spóźniającej się taksówki. Ja z Dobrochną po obfitej kolacji dzień wcześniej poszliśmy pieszo. Było jeszcze chłodno i wiał wiatr, zatem spacer okazał się bardzo przyjemny. Poszliśmy na wykop, na którym profesor i chłopaki dowodzili pracami archeologicznymi. W drugim wykopie, otworzonym od strony zewnętrznej przy murze Agory natknęli się na zawalisko kamieni szerokie na ok. 2 metry od wspomnianego muru.

Na nowym wykopie. Fot. Marcin Wagner

Nowy wykop przy ścianie agory.

Materiału ruchomego, czyli ceramiki, monet, fragmentów szklanych etc. jak na lekarstwo, zaledwie 4 fragmenty ceramiczne, słabo datujące i 1 moneta, która po odczyszczeniu może wydatuje nam zasyp.

Oba wykopy – najnowszy i wcześniejszy – założone są w wadi, czyli wyschniętym korycie okresowej rzeki. To nasze wadi nazywa się Al Suraysir, czyli doliną chrząszczyków, których w tym miejscu można szczególnie dużo zaobserwować.

Umm Faez z córką (z lewej) i wnuczką. Fot. Marcin WagnerW drodze z wykopu do muzeum – to w nim czekają na nas naczynia szklane do rysowania i relief z inskrypcją z basenu z Bazyliki II do oczyszczenia z zaprawy cementowej - odwiedziliśmy naszą znajomą beduinkę Umm Faez. Ma dom na terenie Obozu Dioklecjana. Wypiliśmy szai (herbatkę) i została nam pokazana jej wnuczka. Wiek: 25 dni, córka Mahmuda, młodszego z synów Umm Faez.

Wstąpiliśmy też do grobowca Alaine i weszliśmy na wieżę w Obozie Dioklecjana skąd podziwialiśmy panoramę.

W muzeum byliśmy ok. 9.30. Czekając na dyrektora Halila, Profesora i Panią Krystynę popijaliśmy herbatkę z chłopakami z muzealnej kasy.

Punkt 10.10 spotkaliśmy się wszyscy w holu i zabraliśmy się do pracy. Tuż po 13 do muzeum przyszła wycieczka kilkudziesięciu skautów syryjskich w różowych mundurkach. Wyglądali bardzo malowniczo.

Na obiad - jak zwykle o 14 - nasz kucharz podał musakę z mielonym mięsem baranim i burgulem. Po obiedzie przenieśliśmy się do saloniku urządzonego w korytarzu, zasiedliśmy na kanapach i wypiliśmy kawę z kardamonem. Jest to czas na rozmowy o pracy – tej, która była, i tej, która planowana jest na kolejne dni. Obejrzeliśmy piękny album o Palmyrze Manara Hammada, który - wraz z francuską archeolożką Christiane Delplace - rozpoczyna wykopaliska w jednym z ogrodów. Chcą tam znaleźć pozostałości amfiteatru.

Wycieczka syryjskiech skautów do palmyreńskiego muzeum. Fot. Marcin Wagner

Wycieczka syryjskich skautów do palmyreńskiego muzeum.

A wieczór upłynął nam przy filmie „Różyczka” Kidawy-Błońskiego. Nie wiem tylko, czy Palmyra jest dobrym miejscem na tak mocny w wyrazie film."

Zdjęcia: Marcin Wagner

14:53, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 października 2010
Z piwnicznej izby

Marcin, zniecierpliwiony moim długim milczeniem na blogu, napisał w końcu list. Jest już w Palmyrze. Mieszka... w piwnicy w Domu Wuja. Właściwie to ma do dyspozycji apartament: dwie sypialnie, salon, łazienkę. Miałam okazję podziwiać to lokum w czwartek, a ze mną Kasia Kobylecka z Programu I Radia, Justyna Zając, operatorka z TVP, i Zuza Miarkowska. Wcale wcale ta piwnica, tylko wszystkie ściany dziwnie w niej świecą – od farby olejnej, którą pomalowane są od podłogi aż po sufit. Ale o tym później – był to w końcu czwarty dzień mojego pobytu w Syrii, a opisałam dopiero pierwszy... Wszystko przez to, że po wyjeździe z Palmyry miałam problem z internetem. Choć mieszkałam w Sheratonie w Damaszku, łącze ciągle się zrywało. Ale co tam internet. W niedzielę nawet prąd dwa razy padł i pogrążył renomowany hotel w totalnych - żeby nie powiedzieć egipskich – ciemnościach.

Mam więc sporo do nadrobienia, ale teraz powinno już pójść gładko. Od poniedziałkowego popołudnia jestem już w Polsce. Jutro mam wprawdzie dyżur, ale potem do najbliższego poniedziałku – luzik, czyli poświęcę się wyłącznie blogom.

Piwniczny apartament Marcin dzieli teraz z Dobrochną. Oddał jej do dyspozycji większą sypialnię...

Sam zająłem mniejszy pokój jej pozostawiając większy z łóżkiem przykrytym prześcieradłem we wzory lamparciej skóry – pisze Marcin. - Profesor z żoną i chłopakami mieszkają w na pierwszym piętrze. Tam też jest jadalnia. Spożywamy w niej posiłki, które przygotowuje dla nas nas kucharz Abu Raszid (tj. Ojciec Raszida - ok. rocznego chlopaczka). On też robi dla nas zakupy jedzeniowe. Śniadania mamy o godz. 6, o 14 – obiad, na który kucharz podaje specjały kuchni syryjskiej tj. molochiję czy kaładż (zapiekane warzywa z kurczakiem). We wtorek czekamy na musakę. Na przystawkę podawana jest sałatka z pomidorów i sałaty rzymskiej oraz hummos lub muttabal. Kolacje – zwykle są o godz. 20 - przygotowujemy sami.

Karol (od lewej), Krzysztof i prof. Gawlikowski na wykopie. Za nimi wejście na Agorę. Fot. Marcin Wagner

Karol (od lewej), Krzysztof i prof. Gawlikowski na wykopie. Za nimi wejście na Agorę.

Na wykopie od 7 do 13 z grupą robotników pracują: profesor Gawlikowski, Krzysiek i Karol. Ja z Dobrochną i panią Krystyną pracujemy w muzeum - od 10.

Wykop. Na jego dnie wyłożony płytami kamienny trakt. I dwa bloki, na których prawdopodobnie wspierała się taryfa. Fot. Marcin WagnerDziś z Dobrochną zabraliśmy się rano z grupą wykopową. Wstąpiliśmy najpierw do magazynu, znajdującego się obok wejścia do świątyni Bela, skąd zabraliśmy potrzebne nam do pracy w muzeum sprzęt - pędzle i skalpele. Ok. godz. 8 byliśmy na wykopie. Na dnie ponadtrzymetrowego dołu znajduje się płytowanie rzymskiej drogi, na którym stała taryfa. Dokładnie to miejsce jest widoczne na zdjęciu taryfy z końca XIX wieku. Tylko, dlaczego jest ponad 3 metry niżej niż poziom użytkowy w Agorze? Jak dostawano się do tego miejsca. Na to pytanie ma odpowiedzieć wykop założony przy murze Agory biegnący w kierunku wykopu z taryfą.

W pracach pomagają nam robotnicy w liczbie 10 (przy wcześniejszych pracach ich liczba sięgała 17). Gdzie te czasy gdy robotników bywało ponad czterdziestu? Pieczę nad robotnikami sprawuje ze strony syryjskiej Pani inspektor Rania (widać ją na jednym ze zdjęć - siedzi obok wykopu).

Mamy też namiot na wykopie wraz z rodziną beduińską, która pilnuje wykopu podczas naszej nieobecności. Należy on do zaprzyjaźnionej z nami od 50 lat Beduinów osiadłych na terenie Obozu Dioklecjana. Zazwyczaj obecna jest tam Umm Faez, jej syn Faez z żoną i kolejny syn, który czasem jeździ do szkoły oraz przyjaciel wszystkich turystów, brat męża Umm Faez niejaki Abdalla, którego wielu turystów spotyka w ruinach, a on żąda od nich Bena (czyli długopisu).

Dobrochna w towarzystwie beduińskiej rodziny. Fot. Marcin WagnerDobrochna została oficjalnie przyjęta do rodziny beduińskiej i jest teraz siostrą Umm Faez. Obie panie mają tatuaże. Umm Faez na twarzy - świadczą o przynależności do określonego klanu, Dobrochna - na ręce. Widać ją z nim na zdjęciu obok.

Wtargnęliśmy z Dobrochną do namiotu o 8 rano budząc rodzinę Umm Faez (ona sama już się krzątała) z pytaniem czy możemy dostać herbatkę beduińską i dlaczego mój przyjaciel Faez jeszcze w pod pierzyną a nie w pracy (sprzedaje obrusy i biżuterię).

Po herbatce - ok. 9 - poszliśmy do muzeum. Po drodze zajrzeliśmy do zeszłorocznego wykopu w Bazylice IV i do supermarketu na palmyreńskiej Marszałkowskiej, gdzie kupiliśmy soczki i dżem bitter orange. Okazał się być kandyzowanymi skórkami pomarańczy w syropie. W sklepie zastaliśmy właściciela wtakich jak na zdjęciu okolicznościach. Śpiącego wśród perfum.

Tuż po 10 zjawił się dyrektor doktor Halil, nasz przyjaciel, przy którego biurku rysuję szkło z kolekcji muzealnej dla pani Krystyny. Ona zaś siedząc tuż obok opisuje je bardzo dokładnie. Dobrochna zeszła do podziemi gdzie czyści piękny, potłuczony zdobiony reliefem marmurowy basen z baptysterium przy Bazylice II, odkopany kilkanaście lat temu przez polską misję.

Beduinka - Umm Faez. Fot. Marcin WagnerCzas wolny staramy się spędzać efektywnie, czasem jedynie wyjdziemy na fajkę wodną (najlepsza w Tourist Cafe przy meczecie). Wczoraj 4 razy podejmowaliśmy próbę kupienia karty telefonicznej oraz dorobienia klucza do domu. A wieczorem w ramach rozrywki i odpoczynku po pracy zaprosiliśmy wszystkich do nas na salony na film z Eugeniuszem Bodo i Norą Ney. Tytuł: „Głos pustyni.” Oglądanie na pustyni filmów z pustynią w tle ma swój urok.

Kolejne produkcje, jakie chcemy zobaczyć, to między innymi „Morderstwo w Mezopotamii”. Może dzisiaj?”

Morderstwo w Mezopotamii” Agaty Christie czytałam, ale pojęcia nie miałam, że jest także film.

Marcin bardzo skrótowo opisał prace w Palmyrze. Ale lada dzień napisze więcej. W czwartek po starożytnej Palmyrze, a zwłaszcza po stanowiskach polskich oprowadzał nas prof. Gawlikowski. W piątek – Marcin. Zbiórkę zarządził o godz. 6. „Bo inaczej nie zdążycie zobaczyć wszystkiego” - argumentował. Choć byłyśmy punktualne - nie zdążyłyśmy. Na łeb na szyję gnałyśmy ze świątyni Bela na motorach do hotelu. O godz. 10 miałyśmy kolejną zbiórkę – wyjeżdżałyśmy z całą karawaną, tj. uczestnikami Silk Road Festival do Maaloula – miasta, w którym do dziś ludzie mówią po aramejsku...

W supermarkeciena palmyreńskiej Marszałkowskiej. Fot. Marcin Wagner

W supermarkecie na palmyreńskiej Marszałkowskiej.

Zdjęcia: Marcin Wagner

23:36, joannagrabowska_net , Z zapisków archeologa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 września 2010
Dzień pierwszy – Damaszek i Aleppo

Zaczął się właściwie w niedzielę 26 września, bo wylot mieliśmy z Warszawy do Pragi o 18.50, a stamtąd dwie godziny później do Damaszku. Rzutem na taśmę Marcin zdążył dowieźć nam kilka egzemplarzy „Palmyry” najnowszej książki – a właściwie albumu - prof. Michała Gawlikowskiego i jego współpracowników. Jeszcze pachnie farbą. Nie mam pojęcia, jak Marcinowi udało się wyrwać z drukarni w niedzielę te publikacje. Od razu w samolocie dałam je Kasi Kobyleckiej z Polskiego Radia, Odecie Moro-Figurskiej z TVP i Zuzannie z poznańskiego Biura Podróży Logos. Zabrakło dla Justyny Zając, operatorki z TVP i Błażeja Żuławskiego, freelancera przygotowującego właśnie materiał dla Voyage. Mają dostać swoje egzemplarze w Palmyrze.

Kasia Kobylecka w markecie w Aleppo. Sprzedawca ubierał nas w różne stroje. Zaczął od takich czapeczek. Pewnie był zawiedziony, bo nic nie kupiłyśmy, choć reguła wzajemności nakazywałaby cos takiego zrobić...

Kasia Kobylecka w markecie w Aleppo. Sprzedawca ubierał nas w różne stroje. Zaczął od takich czapeczek. Pewnie był zawiedziony, bo nic nie kupiłyśmy, choć reguła wzajemności nakazywałaby cos takiego zrobić...

Zabawne było przyglądanie się pasażerom samolotu i typowanie, kto jest w ekipie Silk Road Festival. Trafień miałam 50 proc. Udało mi się z Kasią, ale już nie z jakimś młodym człowiekiem, który siedział koło niej.

Zuzanna. Gubią za nią oczy wszyscy miejscowi mężczyźni

Zuzanna. Gubią za nią oczy wszyscy miejscowi mężczyźni

Album „Palmyra” przygotowany został oczywiście na 50-lecie polskich wykopalisk na tym stanowisku. Mam nadzieję pokazać jego fragmenty na blogu. Ale raczej dopiero po powrocie do Polski. Tu będę szczęśliwa, jeśli w miarę na bieżąco zdam relację z festiwalu Jedwabnego Szlaku i z Palmyry. Doświadczenia ostatnich dni pokazują, że nie będzie to proste.

Błażej. Jedyny facet w naszej grupie. Jest na wagę zlota, bo Syryjczycy kobiet nie słuchają

Błażej. Jedyny facet w naszej grupie. Jest na wagę zlota, bo Syryjczycy kobiet nie słuchają

W poniedziałek niewiele zakosztowaliśmy Damaszku. Przylecieliśmy około 1.30. Odprawa na lotnisku trwała chyba do 3 z minutami. Niby przechodziliśmy przez bramkę dla VIP-ów, ale widać syryjskie służby potrzebowały dużo czasu na przestudiowanie zawartości naszych paszportów. Najdlużej wczytywały się w paszport Zuzy. I ciągle na nią patrzyły - te służby, oczywiście meskie.

W hotelu wylądowaliśmy około 4. Po niespełna trzech godzinach snu Maja nasza przewodniczka zrobiła nam telefoniczną pobudkę, dzwoniąc po pokojach. Bo mieliśmy zbiórkę o godz. 8.

To wtedy zaczęło się to, czego doświadczamy do tej pory. Czekaliśmy na wyjazd do Aleppo, gdzie miała uroczyście rozpocząć się cała impreza, do godz. 10.30. Od tamtej pory ciągle na coś czekamy...

Justyna (tylem, niestety) i Odeta. Nasze telewizorki cały czas szukają ujęć do materiału filmowegoAleś nas powitała Syrio!

A potem była długa jazda. Żadnego zwiedzania, podziwiania. Pejzażyki oglądaliśmy tylko przez okna specjalnie dla nas podstawionego busa. Nasze bagaże pojechały z dwiema Włoszkami wielkim autokarem. Włoszki są ważne w tej opowieści. Dlaczego, okazało się po południu.

Pierwszego dnia w Syrii już na dzień dobry straciliśmy kilka punktów programu: nie zobaczyliśmy w środku Cytadeli w Aleppo, ani karawanseraju Khan Alshouna w pobliżu Cytadeli, ani zbiorów Muzeum w Aleppo. - W poprzednich latach też się to zdarzało – pocieszała nas Justyna, która na Jedwabny Szlak została zaproszona po raz drugi.

Po tym pierwszym dniu zrozumieliśmy, że musimy wziąć sprawy w nasze ręce, bo inaczej Maja będzie nas tylko przewozić z z jednego Sheratona do drugiego i informować o godzinach posiłków (w poniedziałek zapomniała o kolacji i była zaskoczona, kiedy ją o nią zapytaliśmy). Okazało się też, że Maja dość kiepsko włada angielskim. A w kolejne dni wyszło i to, że niewiele potrafi powiedzieć o również o zabytkach w Syrii.

Ale nie ma co chyba narzekać. Włoszki miały gorzej – same tylko z kierowcą nie posługującym się żadnym innym językiem poza arabskim.

A tu ja. Widać jak potężna jest cytadela w Aleppo i nie widać mnie. Cytadela jest wspaniała. Moglaby z powodzeniem grać we Miały do dyspozycji tylko siebie i rachityczne krzaczki typowe dla półpustynnego terenu za oknem. Do tego ten lejący się z nieba żar. Przez niego wszystko traciło barwy i wyglądało jak wypłowiałe. Drzewa i palmy były jak posypane popiołem. Dawno zapomniały o soczystych barwach, które w Syrii można zobaczyć tylko wiosną. Przypominał o nich jedynie czerwony kwiatek w doniczce na jednym z przydrożnych billboardów. Mknęliśmy tak do Aleppo, gapiliśmy się na to, co po drodze i słuchaliśmy wiązanki muzyki – głównie arabskiej - przygotowanej nam przez Maję. Nawet dobrze pasowała do tych wszystkich pejzażyków.

W Aleppo doszło do małego skandalu. Pozostawione pod opieką kierowcy Włoszki przez półtorej godziny nie mogły doczekać się zawiezienia ich na obiad do jednej z restauracji. Kierowca nie był w stanie wjechać autobusem w wąskie uliczki starego miasta w Aleppo, a poza tym z jakiegoś powodu o Włoszkach wszyscy zapomnieli. Dobiły do nas do restauracji, kiedy już skończyliśmy lody i kawę podane nam na deser. Były rozgrzane do czerwoności. Zwłaszcza jedna z nich pokazała gospodarzom, co o nich myśli. Gestami, krzykiem i mimiką – bo mówiła po włosku i gospodarze nic z tej jej złości nie zrozumieli. Przyjazd Włoszek na obiad oznaczał, ze teraz my na nie poczekamy. Aż zjedzą. Wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie pobliskich uliczek. Potem zabraliśmy Włoszki naszym busem do ich hotelu. Sami wysiedliśmy znów przy Sheratonie. Tam spędziliśmy noc z poniedziałku na wtorek.

Warta opisu jest kuchnia restauracji i sama restauracja na starym mieście w Aleppo. Ale to może przy okazji. Zwłaszcza, że czas pokazał, że menu wszędzie jest w zasadzie takie samo: na śniadanie, na obiad i kolację. I na dodatek we wszystkich restauracjach, w których przyszło nam się pożywiać.

Nie podoba mi się zdjęcie telewizorków - jak znajdę lepsze, a mam gdzieś takie - podmienię je. Teraz idę spać. Jest 2.30, a wstaję przed siódmą, bo jedziemy do Palmyry.

01:27, joannagrabowska_net , Silk Road Festival
Link Dodaj komentarz »