Zakładki:
Organizatorzy
Sponsorzy
czwartek, 30 września 2010
Dzień pierwszy – Damaszek i Aleppo

Zaczął się właściwie w niedzielę 26 września, bo wylot mieliśmy z Warszawy do Pragi o 18.50, a stamtąd dwie godziny później do Damaszku. Rzutem na taśmę Marcin zdążył dowieźć nam kilka egzemplarzy „Palmyry” najnowszej książki – a właściwie albumu - prof. Michała Gawlikowskiego i jego współpracowników. Jeszcze pachnie farbą. Nie mam pojęcia, jak Marcinowi udało się wyrwać z drukarni w niedzielę te publikacje. Od razu w samolocie dałam je Kasi Kobyleckiej z Polskiego Radia, Odecie Moro-Figurskiej z TVP i Zuzannie z poznańskiego Biura Podróży Logos. Zabrakło dla Justyny Zając, operatorki z TVP i Błażeja Żuławskiego, freelancera przygotowującego właśnie materiał dla Voyage. Mają dostać swoje egzemplarze w Palmyrze.

Kasia Kobylecka w markecie w Aleppo. Sprzedawca ubierał nas w różne stroje. Zaczął od takich czapeczek. Pewnie był zawiedziony, bo nic nie kupiłyśmy, choć reguła wzajemności nakazywałaby cos takiego zrobić...

Kasia Kobylecka w markecie w Aleppo. Sprzedawca ubierał nas w różne stroje. Zaczął od takich czapeczek. Pewnie był zawiedziony, bo nic nie kupiłyśmy, choć reguła wzajemności nakazywałaby cos takiego zrobić...

Zabawne było przyglądanie się pasażerom samolotu i typowanie, kto jest w ekipie Silk Road Festival. Trafień miałam 50 proc. Udało mi się z Kasią, ale już nie z jakimś młodym człowiekiem, który siedział koło niej.

Zuzanna. Gubią za nią oczy wszyscy miejscowi mężczyźni

Zuzanna. Gubią za nią oczy wszyscy miejscowi mężczyźni

Album „Palmyra” przygotowany został oczywiście na 50-lecie polskich wykopalisk na tym stanowisku. Mam nadzieję pokazać jego fragmenty na blogu. Ale raczej dopiero po powrocie do Polski. Tu będę szczęśliwa, jeśli w miarę na bieżąco zdam relację z festiwalu Jedwabnego Szlaku i z Palmyry. Doświadczenia ostatnich dni pokazują, że nie będzie to proste.

Błażej. Jedyny facet w naszej grupie. Jest na wagę zlota, bo Syryjczycy kobiet nie słuchają

Błażej. Jedyny facet w naszej grupie. Jest na wagę zlota, bo Syryjczycy kobiet nie słuchają

W poniedziałek niewiele zakosztowaliśmy Damaszku. Przylecieliśmy około 1.30. Odprawa na lotnisku trwała chyba do 3 z minutami. Niby przechodziliśmy przez bramkę dla VIP-ów, ale widać syryjskie służby potrzebowały dużo czasu na przestudiowanie zawartości naszych paszportów. Najdlużej wczytywały się w paszport Zuzy. I ciągle na nią patrzyły - te służby, oczywiście meskie.

W hotelu wylądowaliśmy około 4. Po niespełna trzech godzinach snu Maja nasza przewodniczka zrobiła nam telefoniczną pobudkę, dzwoniąc po pokojach. Bo mieliśmy zbiórkę o godz. 8.

To wtedy zaczęło się to, czego doświadczamy do tej pory. Czekaliśmy na wyjazd do Aleppo, gdzie miała uroczyście rozpocząć się cała impreza, do godz. 10.30. Od tamtej pory ciągle na coś czekamy...

Justyna (tylem, niestety) i Odeta. Nasze telewizorki cały czas szukają ujęć do materiału filmowegoAleś nas powitała Syrio!

A potem była długa jazda. Żadnego zwiedzania, podziwiania. Pejzażyki oglądaliśmy tylko przez okna specjalnie dla nas podstawionego busa. Nasze bagaże pojechały z dwiema Włoszkami wielkim autokarem. Włoszki są ważne w tej opowieści. Dlaczego, okazało się po południu.

Pierwszego dnia w Syrii już na dzień dobry straciliśmy kilka punktów programu: nie zobaczyliśmy w środku Cytadeli w Aleppo, ani karawanseraju Khan Alshouna w pobliżu Cytadeli, ani zbiorów Muzeum w Aleppo. - W poprzednich latach też się to zdarzało – pocieszała nas Justyna, która na Jedwabny Szlak została zaproszona po raz drugi.

Po tym pierwszym dniu zrozumieliśmy, że musimy wziąć sprawy w nasze ręce, bo inaczej Maja będzie nas tylko przewozić z z jednego Sheratona do drugiego i informować o godzinach posiłków (w poniedziałek zapomniała o kolacji i była zaskoczona, kiedy ją o nią zapytaliśmy). Okazało się też, że Maja dość kiepsko włada angielskim. A w kolejne dni wyszło i to, że niewiele potrafi powiedzieć o również o zabytkach w Syrii.

Ale nie ma co chyba narzekać. Włoszki miały gorzej – same tylko z kierowcą nie posługującym się żadnym innym językiem poza arabskim.

A tu ja. Widać jak potężna jest cytadela w Aleppo i nie widać mnie. Cytadela jest wspaniała. Moglaby z powodzeniem grać we Miały do dyspozycji tylko siebie i rachityczne krzaczki typowe dla półpustynnego terenu za oknem. Do tego ten lejący się z nieba żar. Przez niego wszystko traciło barwy i wyglądało jak wypłowiałe. Drzewa i palmy były jak posypane popiołem. Dawno zapomniały o soczystych barwach, które w Syrii można zobaczyć tylko wiosną. Przypominał o nich jedynie czerwony kwiatek w doniczce na jednym z przydrożnych billboardów. Mknęliśmy tak do Aleppo, gapiliśmy się na to, co po drodze i słuchaliśmy wiązanki muzyki – głównie arabskiej - przygotowanej nam przez Maję. Nawet dobrze pasowała do tych wszystkich pejzażyków.

W Aleppo doszło do małego skandalu. Pozostawione pod opieką kierowcy Włoszki przez półtorej godziny nie mogły doczekać się zawiezienia ich na obiad do jednej z restauracji. Kierowca nie był w stanie wjechać autobusem w wąskie uliczki starego miasta w Aleppo, a poza tym z jakiegoś powodu o Włoszkach wszyscy zapomnieli. Dobiły do nas do restauracji, kiedy już skończyliśmy lody i kawę podane nam na deser. Były rozgrzane do czerwoności. Zwłaszcza jedna z nich pokazała gospodarzom, co o nich myśli. Gestami, krzykiem i mimiką – bo mówiła po włosku i gospodarze nic z tej jej złości nie zrozumieli. Przyjazd Włoszek na obiad oznaczał, ze teraz my na nie poczekamy. Aż zjedzą. Wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie pobliskich uliczek. Potem zabraliśmy Włoszki naszym busem do ich hotelu. Sami wysiedliśmy znów przy Sheratonie. Tam spędziliśmy noc z poniedziałku na wtorek.

Warta opisu jest kuchnia restauracji i sama restauracja na starym mieście w Aleppo. Ale to może przy okazji. Zwłaszcza, że czas pokazał, że menu wszędzie jest w zasadzie takie samo: na śniadanie, na obiad i kolację. I na dodatek we wszystkich restauracjach, w których przyszło nam się pożywiać.

Nie podoba mi się zdjęcie telewizorków - jak znajdę lepsze, a mam gdzieś takie - podmienię je. Teraz idę spać. Jest 2.30, a wstaję przed siódmą, bo jedziemy do Palmyry.

01:27, joannagrabowska_net , Silk Road Festival
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 września 2010
Halo, halooo! Tu Syria

A w niej ja – ku swojemu największemu i od kilku dni nieustającemu zdumieniu.

Marcin Wagner, archeolog, który wkrótce także dojedzie do ekipy na stanowisko w Palmyrze, sprawił mi obłędną wprost niespodziankę. - Miałabyś ochotę pojechać na pięć dni do Syrii na zaproszenie tamtejszego rządu? Poczułabyś kraj i lepiej by ci się pisało – zachęcał mnie dawno temu, bo jeszcze w sierpniu. Zachęta była zbędna, kto by jej potrzebował. Zapytałam szefów w redakcji o zgodę i ją dostałam.

Błyskiem dostarczyłam do Ambasady Syrii w Warszawie wszystkie potrzebne dokumenty i... na ponad miesiąc zapadła cisza. Właściwie to byłam pewna, że nic już z wyjazdu nie będzie, ale nagle, pięć dni przed planowanym wylotem prawie skoro świt dzwoni Marcin: - „Gratulacje,jedziesz do Syrii” - usłyszałam. A potem zaczął się galop - załatwianie wizy i nadrabianie pracy w redakcji,bo okazało się, że wracam 4 a nie 1 października, jak było planowane.

Co to za wyjazd? Syryjskie Ministerstwo Turystyki co roku zaprasza kilkuset dziennikarzy z całego świata na „Silk Road Festival”. To promocyjna akcja rządu syryjskiego, który chce się pochwalić urokami Syrii. W programie są głównie atrakcje turystyczne, a wśród nich niesamowite wprost zabytki i wizyty na stanowiskach archeologicznych. W tym roku w Palmyrze, gdzie kopią polscy archeolodzy pod kierownictwem prof. Michała Gawlikowskiego. Usiłuję się do niego dodzwonić, żeby zapytać, co tam na wykopach, ale mi się to nie udaje.

Próby kontaktu i wizyta na wykopach oznaczają jednak, że powracam z notkami na blog. Przynajmniej na razie, bo dziś i jutro rano będę miała dostęp do szybkiego internetu. Dotychczas, choć nocowaliśmy w Sheratonach w Damaszku i w Aleppo, nie mogłam wejść na blogowe strony, bo serwery działały za wolno i nie otwierały się strony potrzebne mi do obróbki bloga – wstawiania tekstów i zdjęć.

Teraz jesteśmy w Latakii. W superresorcie nad Morzem Śródziemnym. Dostęp do internetu – i to szybkiego – mamy w pokojach. Dodatkowo płatny – około 2 dolary amerykańskie za godzinę. Nie jest to mało, ale przynajmniej można pracować.

Tyle wyjaśnień. Zabieram się za przygotowywanie notek o wykopaliskach w Palmyrze i moim niespodziewanym tour po Syrii.

A jest o czym pisać. Dziś w planie starożytne (niemal jak wszystko w Syrii) miasto Ugarit i zamek Saladyna. Tyle że to dzień trzeci – najpierw opiszę dwa pierwsze. I dorzucę zdjęcia polskiej ekipy - muszę je tylko trochę choć obrobić.

18:38, joannagrabowska_net , Silk Road Festival
Link Dodaj komentarz »